Prawda, że podczas jej dyżurów jest w świetlicy spokojnie i cicho i że panuje w niej ład i porządek, ale prawdą jest także i to, że chłopcy nie znoszą jej i nazywają ją między sobą „czarownicą” i „jędzą”. Boją się jak ognia jej napadów złości, zjadliwych docinków i szorstkiego, oschłego strofowania. A jednak w dnie jej dyżurów przychodzą wszyscy. Panna Ela posiada bowiem talizman, którym przyciąga ich z niepokonaną siłą: panna Ela opowiada bajki.

Ale opowiada tak, jak nikt prócz niej opowiadać nie potrafi. I kiedy chłopcy obsiądą ją czasem wieczorem w świetlicy, zawieszeni niemal oczyma u jej ust, a świetlica staje się nagle krainą czarów i dziwów, niezwykłych przygód i cudownych zdarzeń, to zapominają zupełnie o tym, że nie lubią panny Eli. Zdaje im się, że panna Ela jest wszystkim, o czym opowiada: więzioną księżniczką, leśną wróżką, królewną elfów, a nawet — szlachetnym rycerzem... I kiedy żegnają się z panną Elą, zapominają o całym popołudniu i pamiętają już tylko o bajce.

— Do widzenia panno Elu! — wołają. — Dziękujemy bardzo! Z nikim nie jest tak przyjemnie, jak z panią!

Panna Zosia z biblioteki jest miła, ale za to pan Janek jest nudziarz, bo chce, żeby koniecznie czytać „naukowe”.

Pana Leona znowu to chłopcy ani lubią, ani nie lubią.

Pan Leon przychodzi do świetlicy codziennie uczyć tych chłopców, którzy nie chodzą do szkoły, polskiego, geografii, arytmetyki i ruskiego. Przy lekcji nigdy się nie złości, ale też i nie opowie niczego zajmującego. I nawet geografia, którą się chłopcy najbardziej interesują, jest u niego szara i nudna.

Za to pan Stach... ale panu Stachowi to w ogóle nikt na całym świecie nie może dorównać! Każdy chłopiec wołałby być „posiekanym na kawałki”, nie jeść cały dzień, ba, nawet nie rozsprzedać gazet, niż opuścić pogadankę pana Stacha. Wobec pogadanek pana Stacha nawet bajki panny Eli wydają się nudne i jałowe.

Na pogadankach pana Stacha dalekie morza i lądy roztwierają przed nimi swoje niezmierzone przestrzenie, rośliny i zwierzęta, o których dotychczas nigdy nie słyszeli albo które znali tylko z obrazków, zdradzają im najtajniejsze dziwy swego życia, kropla wody staje się oceanem, pełnym niedostrzegalnych gołym okiem żyjątek, a maleńkie srebrne gwiazdki w górze olbrzymimi i tajemniczymi światami. Ale nie tylko to. Bo nawet rzeczy wszystkim dobrze znane i ciągle oglądane, a których istota pozostaje przecież tajemnicą — telegraf, kolej żelazna, telefon, samolot, radio, mówią nagle do chłopców nowym językiem.

A kiedy pan Stach opowiada im o tych wszystkich ludziach, którzy w ciężkim trudzie, a często z niebezpieczeństwem utraty stanowiska, szacunku, a nawet życia walczyli o to, by ludziom było lepiej, by więcej wiedzieli, by byli zdrowsi, mądrzejsi i szlachetniejsi, to chłopcom wydaje się, że w panu Stachu jest coś z tych wszystkich bohaterów nauki, o których mówi. I wpatrzeni w jego ciche i zamyślone oczy myślą, że tak właśnie wyglądali pewnie „tamci”. Tylko, że panna Ela jest w oczach chłopców tylko tak długo bohaterką lub bohaterem swojej bajki, dopóki ją opowiada, pan Stach zaś pozostaje nim nawet wtedy, gdy wespół z nimi układa gry lub sprząta świetlicę.

Może dlatego, że pan Stach ma i w życiu ten sam łagodny i mądry uśmiech i te same dobre, a przecież wyniosłe i nakazujące posłuszeństwo oczy, i ten sam, tak prosty i koleżeński, niemal poufały, a jednak zmuszający do bezwzględnego szacunku sposób obejścia.