A może dlatego, że w opowiadaniach pana Stacha jest coś o wiele trwalszego i mającego głębszy i mocniejszy związek z życiem niż w bajkach panny Eli.

Z panem Piotrusiem znowu to sprawa jest całkiem inna. Inna i wcale niełatwa, bo pan Piotruś jest co dzień inny, co dzień jakby nie ten sam. Są np. dnie, kiedy w ogóle nie ma pana Piotrusia, a jest tylko — pan Piotr. Chodzi po świetlicy surowy, poważny, rozdziela napomnienia, a czasem nawet i doraźne nauczki — urzęduje.

Aż tu nagle na drugi dzień wpada do świetlicy jak burza, z rozwianą czupryną i błyszczącymi oczyma, i od razu od progu chłopcy wiedzą, że wydarzył się jakiś radosny wypadek i że do świetlicy przyszedł znowu — pan Piotruś.

„Wypadek” zaś bywa rozmaity.

Raz — „Jest dziś takie słońce, chłopcy, ale to takie słońce, że zwariować można z radości!...”

A innym razem — „Jest wiatr, ale to taki wiatr, że może człowieka zanieść na koniec świata!...”

A czasem nawet — „Taki wspaniały deszcz!...”

I zaraz w świetlicy robi się tak wesoło, jak gdyby wraz z panem Piotrusiem przywędrowało do niej słońce i deszcz, i wiatr.

Pan Piotruś bowiem nie uznaje ani gier, ani zwykłych zabaw towarzyskich. Toteż w okresach, kiedy pan Piotruś nie jest panem Piotrem, kierownictwo świetlicy drży po prostu przed jego dyżurami.

— Chłopcy! — woła np. od progu — czy jesteście nędznymi mieszczuchami, czy też jesteście wolnym ludem Bandar Log?!