Przybysz zamknął je od wewnątrz. Stał jednak nadal w progu, wahający się i niepewny.
Na razie nikt nie zdawał się zwracać na niego uwagi.
Chłopcy, stłoczeni przy stołach, pili herbatę. Panna Joasia kręciła się między nimi, roznosząc chleb. Józek opowiadał jakąś „wspaniałą” historię o tym, jak zeszłego roku na Prima Aprilis rozsprzedał całą paczkę starych gazet jako dodatek nadzwyczajny. Historia była (jak wszystkie historie Józka) najoczywiściej zmyślona i chłopcy wiedzieli o tym, lecz mimo to zanosili się od śmiechu.
Przybysz stał wciąż w progu, oszołomiony ruchem, gwarem, ciepłem i światłem, niezdecydowany, czy nie umknąć, i przyciągany z niepokonaną siłą przez rozgrzany do czerwoności piecyk i stół z herbatą.
— Jesteś tu pierwszy raz? — zapytał nagle pan Piotr i słowa jego zwróciły na chłopca uwagę kilku siedzących przy stole gazeciarzy.
— O! Nowy! — powiedział Fed’ko.
— Patrz! Ma skrzypce! — zawołał Moniek.
A Janek poznał.
— Przecie to ten Cygan, co po podwórkach i na ulicy grał.
— Cygan! Cygan! — chłopcy zaciekawieni stłoczyli się wokół niego.