— Ny, czy my ci żałujemy ten kubek herbaty albo ten kawałek chleba? — uzupełnił Moniek, którego przez dłuższy czas chłopcy nie chcieli wpuścić do świetlicy, gdyż, jak twierdzili, „będą się brzydzili pić po Żydziaku”.

I podał Cyganowi kubek z herbatą i kromkę chleba.

Odtąd Cygan począł odwiedzać świetlicę.

Z początku tylko wtedy, gdy był mróz, śnieg lub deszcz, potem coraz częściej, a wreszcie stał się jej codziennym gościem.

Przychodził, a wraz z nim przychodziły jego piosenki.

„Szlagiery” uliczne, podsłuchane gdzieś u śpiewaków podwórzowych, huczne wiejskie tańce z przydrożnych karczem, rozlewne dumki ukraińskie, tęskne i dzikie pieśni cygańskie.

Napełnił świetlicę tą muzyką, przepoił ją niejako, przyzwyczaił ją do niej tak, że kiedy grał, nikt nie zwracał niemal na niego uwagi, ale kiedy przerywał, robiło się nagle nieprzyjemnie cicho. Rozdokazywani lub zajęci jakąś robotą chłopcy milkli i spoglądali na niego niecierpliwie.

Niespostrzeżenie weszło także w zwyczaj nucenie piosenek Cygana. Mruczało się je przy szachach, wyśpiewywało się w ich takt zadane lekcje, a nawet używało się ich jako pobudki, drażniącej przeciwnika, zamiast poprzedzających walkę wyzwisk lub triumfalnej fanfary obwieszczającej zwycięstwo.

Pewnego dnia pan Stach sprowadził do świetlicy jakiegoś starszego pana, który przysłuchiwał się dość długo grze Cygana, a potem powiedział:

— Czy chcesz się u mnie uczyć? Bo to, widzisz, nie jest jeszcze muzyka.