Chłopcy spoglądają po sobie i jedna i ta sama myśl olśniewa ich nagle.

— Nie, proszę pani! Nie! — woła Janek. — My z garnka, wszyscy razem!

— Ale co znowu! — protestuje panna Joasia. — To widzicie, chłopcy, nie jest ani zdrowo, ani ładnie, bo...

Chłopcy jednak nie dają jej skończyć.

— Niech nam pani pozwoli! Raz chcemy zjeść nie jak w głodnej kuchni26, po ludzku, z jednej miski: jak w domu!...

I panna Joasia nie mówi już nic. Nie sprzeciwia się. Stawia pośrodku garnek, tak jak u nich w chacie stawiano miskę i rozdaje im łyżki. Po kolei, uważając, żeby się „nie podjadać”, zanurzają chłopcy łyżki w kaszy.

Nie trącają się, nie śmieją się, nie przekomarzają jak w świetlicy.

Jedzą poważnie, po gospodarsku, w milczeniu.

Panna Joasia patrzy na ich skupione twarze i uśmiechnięte, szczęśliwe oczy i myśli, że pewnie w tej chwili ani jeden z nich nie pamięta głodu, sieroctwa, bicia — wszystkiego, co ich wyrzuciło w świat. Widzą tylko — dom. Cichy i bezpieczny jak przystań. Swój własny. Inny od wszystkich innych. Jedyny na Ziemi.

Tylko Franek nie uśmiecha się.