— Cóż? — łagodzi Kazik. — Co kraj to obyczaj. A u nas znowu to chodzą kolędnicy. Ale nie takie jak we Lwowie z papierową szopką, ale poprzebierane. Jeden za Heroda, a inni znowu za diabła, śmierć, trzech króli, rycerzy. A z nimi chodzi taki jeden przebrany niby za Żyda z workiem i wszystko, co im dadzą, do tego worka ładuje.

— A to i u nas także!

— I u nas!

— A jak ja byłem takim pędrakiem, to się strasznie bałem tego diabła, co z kolędnikami chodzi. I jak tylko kolędnicy we drzwi, to ja zaraz do matki i głowę w spódnicę!

— A ja to się zaraz na łóżko wdrapywałem i hyc pod pierzynę!

— A u nas — powiedział trochę nieśmiało Moniek — to też jest takie święto, co się przebierają i ono nazywa się: purym.

— No — zdziwił się Kazik — a za co wy się możecie przebierać?! Przecie nie za Żydów?!

— Dlaczego my się mamy przebierać za Żydów? My mamy swoje króle i proroki. A oprócz tego w moim miasteczku to chodzi z nimi taki jeden, co jest przebrany za niedźwiedzia. I jak ja byłem mały, to ja się go też bałem i też się chowałem do matki pod pierzynę.

Ale kasza już jest gotowa i panna Joasia zdejmuje garnek z pieca.

— Tylko w czym ja ją wam dam, chłopcy? — kłopocze się. — Bo łyżki to mam, ale tylko jeden talerz. Może będziecie jedli po kolei, albo może — nałożę wam do kubków od herbaty?