Panna Joasia zostanie z chłopcami. Przez ten czas, gdy będą szorowali, wypierze im na jutro koszule i załata kurtki. Bo cóż z tego, że byli w łaźni, kiedy koszule czarne jak święta ziemia? A potem chłopcy rozciągną się na ławach, z rana zaś panna Joasia, której pokoik mieści się obok świetlicy, wypuści ich tak, żeby stróż nie widział — gospodarz domu nie życzy sobie, by chłopcy nocowali w świetlicy.
Robota idzie wesoło i sprawnie.
Deski podłogi, ławy i stoły aż lśnią od czystości, a koszule, których niezwykła białość zadziwia ich właścicieli, wiszą już rzędem na długim sznurku przeciągniętym przez świetlicę.
Panna Joasia kazała zapalić w piecu, żeby chłopcom nie było zimno i teraz wszyscy siedzą przed ogniem.
Na piecyku gotuje się duży garnek mamałygi ze skwarkami, pachnie choinką, panna Joasia pochyla głowę nad stosem kurtek, a odblaski ognia pełzają po jej jasnych włosach.
Jest dziwnie radośnie i świątecznie. Noc zaś, która nadejdzie, nie będzie dla chłopców nocą niepokoju, nocą ciągłego czuwania, czy nie słychać kroków policjanta, czy nie błyska światełko lampki elektrycznej i czy nie spędzą cię brutalnie z legowiska zdobytego z trudem25. Ciche ściany, bezpieczne i chroniące, odgrodzą ich dzisiaj od świata.
I nagle Janek mówi:
— A u mnie w domu, w mojej wsi, to nie robi się na święta kutii, tylko kluski z makiem i z miodem i racuszki na oleju.
— A u nas znowu — mówi Kurt — na naszej kolonii, bo my jesteśmy z Niemców, to na Boże Narodzenie piecze się gęś z jabłkami i te pieczone jabłka to tak pachną, ale powiadam wam: pachną!
— Na wilię: gęś?! — gorszy się Janek.