— Przyjdźcie do nas na święta! — powiedział Stefek, a potem dodał uprzejmie, a nawet, można po wiedzieć, wytwornie — Będzie nam bardzo miło...
Salek zmieszał się i przestraszył, bo nigdy nie był „na katolickich świętach” i trochę się bał. Ale Moniek odpowiedział grzecznie, jak przystało człowiekowi obytemu w świecie, człowiekowi, który już z niejednego pieca chleb jadł:
— Dziękujemy bardzo. Wpadniemy chętnie, jeżeli tylko czas pozwoli. Dlaczego nie?...
Tego dnia panował bowiem w świetlicy nastrój wzajemnej życzliwości, a nawet kurtuazji.
Nikomu przecież nie chce się bić i kłócić, jeżeli w rogu pokoju stoi — choinka. Ich własna choinka. Dla wielu — pierwsza w życiu. Ozdoby na nią robiono całe dwa tygodnie. Leżą na szafie, w dużym, tekturowym pudle. Panna Joasia przystroi nimi choinkę przed samą wilią. Trzeba jeszcze tylko wyszorować świetlicę. Roboty jest dużo, przed północą się nie skończy. Ci chłopcy, którzy mają jakiś dom, nie mogą zostać, bo rodzice, krewni czy gospodarze nie pozwolą im na to. Zostaną więc ci, którzy nie mają nikogo, kto by się o nich niepokoił lub kto by nie życzył sobie być budzonym „po nocy” — ci, którzy wcale nie mają domu.
Jest ich sześciu.
Józek i Gawryłka z „Porannej”, którym czasem dozorca pozwala nocować na podwórku redakcji.
Kurt i Kazik, sypiający pod straganami.
Moniek z „Expresu Wieczornego”, mieszkający w pewnym starym, na wpół rozwalonym składzie (wchodzi się przez wybite okienko).
I wreszcie Franek, o którym nikt nie wie, co robi i gdzie się podziewa.