Jednej tylko pannie Joasi, może dlatego, że była jeszcze taka młoda, udawało się czasem szczerzej porozmawiać z Frankiem, niejako „dotrzeć do niego”.
Opowiedział jej, jak to, gdy nie miał jeszcze dwunastu lat, „wyrzuciło go” w świat z rodzinnej wsi. I o tym, jaka była ich chata i ile rosło śliwek, a ile gruszek w sadzie i że jedna jabłoń wcale nie rodziła, i o psie, i o krowach, o całym obejściu, o wszystkim...
A potem także o tym, jak żebrał, mył ławki przekupkom, sprzedawał gazety — o dalszym „przeklętym” życiu.
— Będzie jeszcze wszystko inaczej, zobaczysz Franku! — mówiła panna Joasia.
Ale Franek potrząsał tylko głową.
Nie. Nie wierzy. Nic się już nie zmieni. Tamci — to co innego. Są jeszcze mali, może się czego nauczą. Zresztą oni są z miasta i dobrze im w mieście. Ale on...
Kiedy zaczęliśmy mówić z chłopcami o działce ziemi, którą Towarzystwo Ogródków Działkowych da świetlicy, Franek wzruszał tylko ramionami.
Ziemię w dzierżawę takim ulicznikom kto da! Już lecą! Żeby tylko butów nie pogubili!
Mimo to, choć pozornie nieufnie i niechętnie, przysłuchiwał się chciwie wszystkiemu.
I wreszcie pewnego dnia raczył niedbale zapytać, gdzież to nam „te posesje” wydzielają i czy można aby „te dobra na Księżycu” obejrzeć?