I wprawdzie (przynajmniej dotychczas) ani jeden z naszych chłopców nie został Kopernikiem, Keplerem czy Galileuszem, to jednak naszej świetlicy przypadł w udziale zaszczyt uczynienia pewnego spostrzeżenia, które było może wprawdzie spostrzeżeniem natury formalnej, ale niemniej, jak to się niebawem okaże, niezmiernie ważnym.
Oto pewnego dnia, podczas wykładu pana Stacha, Józek zapytał znienacka:
— Proszę pana, a... ziemia? Zapomniał nam pan powiedzieć, jak się nazywa ziemia.
Chłopców ogarnęło nagłe podniecenie:
— Tak! Tak! Że tez nikomu nie przyszło to dotychczas na myśl! Jak się nazywa ziemia?!
— Jak to, „jak się nazywa Ziemia”? — zdziwił się pan Stach. — No, Ziemia, to jest przecież... Ziemia...
— Dobrze, że „ziemia”. Ale to nie jest nazwa! Mars jest także ziemią! Ale im chodzi o nazwę. Bo jeśli np. Wenus nazwali tak ludzie dlatego, że świeci jasnym i pięknym blaskiem, a Wenus to bogini piękności, to jak nazwali ziemię, swoją ziemię, swoją własną planetę?!
Patrzyli na niego pełni gorączkowej ciekawości.
Pan Stach był po raz pierwszy zupełnie zmieszany i stropiony. Dłuższą chwilę milczał.
— Bardzo mi przykro, moi chłopcy, — powiedział wreszcie — ale Ziemia... hm... Ziemia... nie posiada nazwy.