— Panie Stachu! Może ci uczeni wcale nie zapomnieli, tylko po prostu, tak jak i my, nie mogli niczego wymyślić?!
W tej chwili jednak drzwi świetlicy roztwarły się z rozmachem i nagle ukazał się w nich pan Piotruś, ciągnąc za rękę — Cygana!
Tak! To był Cygan! Nasz Cygan! Wyrywał się panu Piotrusiowi przerażony i dziki, jak małe leśne zwierzątko!
Gwiazdy, planety, nazwa dla Ziemi — wszystko to na chwilę zniknęło i rozproszyło się i cała świetlica z jednym okrzykiem radości, jak gdyby zwalił się z niej gniotący ją od kilku miesięcy ciężar, rzuciła się ku niemu.
Na próżno Cygan wyrywał się i usiłował uciekać.
Porwano go na ręce, podniesiono w górę, huśtano, całowano, wciskano mu cukierki, monety, obrazki, kolorowe papierki, a wreszcie postawiono go na stole, tak, żeby wszyscy mogli go oglądać... I wówczas Fed’ko, jak gdyby przypomniawszy sobie o czymś, pobiegł po ping-ponga i chciał się z nim bawić, zaraz, natychmiast... Ale inni także chcieli się bawić z Cyganem i zaczęto się już nawet sprzeczać o to, kto będzie pierwszy...
Cygan stał z początku cicho, przestraszony i oszołomiony. Ale powoli poczynał widocznie rozumieć, bo usta jego rozchyliły się w prześlicznym uśmiechu, ukazując białe jak perełki, drobne ząbki, a czarne oczy utraciły swój wyraz zuchwalstwa i przyczajonej ostrożności i stały się wilgotne i zarazem błyszczące jak gwiazdy.
I nagle Cygan pochylił się ku nam, ale już nie tym dawnym, uniżonym, lecz giętkim, wesołym i przyjacielskim ruchem powitania, wyrwał z kieszeni harmonijkę i — jak nie urżnie!
Święty Boże! Jakiś szał radosnego uniesienia ogarnął świetlicę! Chłopcy chwycili się za ramiona i tańczyli wokół stojącego na stole Cygana taką dziką, huczną i wspaniałą polkę, że aż się ściany świetlicy trzęsły.
Jeden tylko Józek nie tańczył. Od czasu przybycia Cygana stał nieruchomy, z zamglonymi oczyma, patrzący na to wszystko, co się dzieje, jak we śnie.