— Szukać czarnego rycerza nie pojadę, bo tylko głupi guza szuka, ale zaczaję się przy zamkowej drodze i jeśli temu szaleńcowi Gotfrydowi udało się wyswobodzić księżniczkę, odbijemy mu ją, a jego zabijemy lub wymożemy na nim rycerskie słowo, że będzie milczał. Potem królowi Roksanę przywieziemy, jako żeśmy to ją niby z niewoli srogiej wyswobodzili, i nagrodę otrzymamy, a nadto zdobędziemy sławę wielką.

Oj, nie rycerz to był ten Rodryg, ale rozbójnik prawy107!

Już się tedy Gotfrydowi i Roksanie wieże królewskiego zamku miały ukazać, kiedy ich nagle Rodryg i jego drużyna z dobytymi mieczami opadli.

Zadziwił się wielce książę Gotfryd i te rzeknie słowa:

— Grafie Rodrygu i wy, mężni rycerze! Czy szaleństwo opętało wasze zmysły, że przyjaciół od wrogów rozróżnić nie umiecie? Czy nie poznajecie waszego króla córki i mnie, przyszłego jej męża, towarzysza tylu wypraw waszych?

Tak mówił Gotfryd Zwycięzca, nie dobywając miecza, bo szlachetne jego serce nie podejrzewało zdrady.

— Nie ty — odparł mu na to Rodryg — ale ja mężem Roksany zostanę. Jeśli oddasz mi ją dobrowolnie i przysięgniesz, że świadczyć będziesz przed królem, jako ja ją oswobodziłem, daruję ci życie. Jeśli tego nie uczynisz, zginiesz marnie — jest nas tu stu dwudziestu!

Pobladł z gniewu i oburzenia Gotfryd i miecz z pochwy wyrwawszy z okrzykiem: — Giń, nikczemniku! — na Rodryga się rzucił.

I byłby zbójnik ten, całego rycerstwa plama, od tego potężnego ciosu zginął, gdyby mu się od niego zręcznym uchyleniem uchronić nie udało.

Ale teraz opadła ze wszystkich stron Gotfryda drużyna hrabiowska.