Uradował się Gotfryd te słowa usłyszawszy i myśli:

Bóg by dał, żeby wilkołak to był, a nie wieśniak z gór dalekich. Nie wiem jeszcze, co uczynię, ale to jedno wiem, że mu jego diabelskie sztuki na sucho nie ujdą!

Głośno zaś tak do bacy rzekł:

— Opowiadał i mnie stary góral, co na halę po mleko i sery przychodził, jak to się czasem wilkołaki w ludzkiej postaci włóczą. Mówił mi jednak także, że niedobrze się w ludzkiej skórze czują i łatwo ich po tym poznać można, że, by ulżyć sobie nieco, niby suknię niewygodną, często ją zrzucają, to ślepiem krwawym, to pazurem wilczym błyskając. Ten jednak nie czyni tego. A przy tym, na cóż by aż ludzką postać przybierał, by mnie, pastuszka małego, zwabiać? Czyż nie mógłby, gdyby jeno chciał, porwać mnie po prostu i zgładzić, jako z Jaśkiem Bezdomnym uczynił? Wieśniak to zwykły, jeno zarośnięty i źle odziany, jak to czasem wieśniacy z dzikich górskich okolic bywają. Nie godzi się, myślę, takimi podejrzeniami go krzywdzić i prośbie jego odmawiać.

— Idź z nim tedy, jeśli taka twoja wola — rzekł baca — nie będę ci się sprzeciwiał, choć niepokój mnie jakiś trapi.

Wziął więc Gotfryd swe skrzypki i z nieznajomym, bacę i pastuszków pożegnawszy, wyruszył.

Nie uszli jeszcze wiele drogi, aliści46 ów przybysz tak do Gotfryda powiada:

— Strasznie dziś słonko dopieka. Muszę czapkę i kożuch zdjąć. — Zdjął czapkę, a tu spod niej nie włosy, ale coś jakby sierść wilczą widać...

Zdjął kożuch, koszula mu się na piersiach rozchełstała, a ciało miał jak u zwierza włosem obrosłe...

Otarł sobie ręką spocone czoło, a ręka jakby nagle w łapę zwierzęcą z pazurami drapieżnymi się zmieniła...