Ehe... — myśli Gotfryd, ale ni słowa nie rzekł.
Idą dalej, a tu towarzysz Gotfryda znowu skarżyć się pocznie, że mu ciżmy47 bardzo dolegają.
— Zrzućcie je, gospodarzu — mówi Gotfryd — to wam lżej będzie.
A tamten na to:
— Zrzuciłbym ci je chętnie, cóż kiedy się boję, że się przestraszysz nogi moje ujrzawszy.
— Czegóż bym miał się przestraszyć? — zapytał Gotfryd zdziwienie wielkie udając.
— E, bo... nie mam ja takich nóg, do jakich przywykłeś!
— A cóż to — rzekł Gotfryd ramionami wzruszając — kopyta macie na nogach czy jak?
— Kopyta nie kopyta... Ale ciągle po górach chodząc takie sobie odciski i guzy porobiłem, że jak kopyta wyglądają...
— Wiem ja dobrze, jak to czasem skóra od ciężkiej pracy i ciągłego krzątania się twardnieje — odpowie mu na to Gotfryd — a strwożyć mnie byle czym nie można. Mój dziadek to takie odciski na rękach i na nogach miał, że je do dwóch pni sękatych podobnymi czyniły. Czemuż by wasze do kopyt podobne być nie miały? Rozzujcie się48 tedy nie troszcząc się o nic.