— To służąca mojej narzeczonej — rzekł wilkołak. — Bardzo z niej pracowita i poczciwa dziewczyna.

A miotła nuż wdzięcznie dygać i krygować się52, i chichotać, fartuszkiem się, jak to zwykle wiejskie dziewczęta, wstydliwie zasłaniając.

— Nietoperze idę — powiada — napoić, bo już wieczór zapada i wnet się bydełko nasze obudzi.

Tymczasem wilkołak wchodził do izby, więc i Gotfryd za nim podążył.

Izba to była zupełnie ciemna, tylko na środku jej paliło się wielkie ognisko. W czerwonym jego świetle ujrzał Gotfryd siedzącą przy nim wiedźmę o twarzy żółtej jak cyrtyna, oczach jarzących się jak u kota, długim, haczykowatym nosie i jednym zielonym zębie, który jej ze szpetnej gęby aż na brodę wyłaził.

Wilkołak pokazał jej zaraz Gotrfyda, że to grajek, którego na jutrzejsze wesele przyprowadził.

— Pewnieście bardzo zdrożeni i głodni po tak dalekiej drodze — zaskrzeczała wiedźma głosem do skrzypienia niesmarowanych kół wielce podobnym — siadajcie więc i jedzcie, bo wieczerza gotowa.

I jęła wnet wyciągać jakieś garnki i garnuszki do czerepów53 ludzkich i zwierzęcych podobne, a dymiącymi potrawami napełnione.

Ale Gotfrydowi nie chciało się wcale tych diabelskich potraw kosztować54, toteż wymówiwszy się, że zmęczenie mu głód odebrało, w kącie izby się położył i udał, że zasypia.

W samej jednak rzeczy nie spał wcale, jeno przysłuchiwał się pilnie rozmowie wiedźmy i wilkołaka.