— Co ty sobie tyle zachodu z jednym pastuchem robisz? — powiada wiedźma do wilkołaka. — Nie mogłeś go to zwyczajnie porwać, tu przyprowadzić i do grania przymusić, zamiast się tak męczyć, w ludzką postać się przyoblekając?

— Żem się zmęczył, tom się zmęczył — odpowie jej na to wilkołak, który resztki skóry z siebie zrzuciwszy stał się nagle wielkim wilczyskiem o błyszczących, czerwonych ślepiach i końskich kopytach. — Uf! Ledwie oddycham! Nie mogłem jednak inaczej postąpić; gdybym bowiem chłopaka porwał i tu przywlókł do grania zmuszając, byłby on ledwie żywy ze strachu i niewesoło by nam do tańca grał. A przecież ma to być takie wesele, jakiego jeszcze nie widziano. Nie darmo wilkołak z wiedźmą się żeni.

Oj, sprawię ja wam wesele! — myśli Gotfryd, ale dalej udaje, że śpi, pochrapuje nawet.

— Prawda i to — odezwie się znowu wiedźma. — Mądrześ to obmyślił! Ale powiedz no, co z nim później zrobić zamierzasz?

Roześmiał się wilkołak i swe ostre, białe kły szczerząc odparł:

— Myślę, że pieczeń z grajka nie gorsza od innej. Zje się go razem z tym pastuchem, com go zeszłego tygodnia z ich hali porwał!

— Tuczę go ciągle, ale wciąż jeszcze chudy jak tyczka — skrzywiła się wiedźma.

Uradował się Gotrfyd wielce i myśli: Żyw jeszcze jesteś tedy, Janku, towarzyszu miły! Da Bóg, że cię wyswobodzę i cały a zdrów ze mną na halę powrócisz.

Tak myślał, był bowiem już sobie ułożył, jak zmory, czarownice i wilkołaka zgładzi i całą okolicę od tej plagi diabelskiej oswobodzi. A tymczasem słucha dalej, co wiedźma wilkołakowi szepce.

— Za głośno ze sobą mówimy. Chłopak gotów usłyszeć!