Aach... aach... — gną się pod ich ciężarem, skarżąc się żałośnie, kwiaty i zioła.
Szarpie wichrzysko nami... Czyż nigdy nie będzie już słońca?! — szumią drzewa.
Nigdy... nigdy... nigdy... — wyje wiatr.
Bim... bum... bim... bum... — pluskją o szyby ciężkie krople deszczu.
— Podoba mi się twoja piosenka! — mówi mała księżniczka. — Graj jeszcze, graj jeszcze, Gotfrydzie!
I Gotfryd gra dalej.
Cichutka, wąziutka niteczka radości wsącza się w szarość jesiennej nuty.
— Co to jest, Gotfrydzie? — pyta księżniczka. — Co to jest, Gotfrydzie?
— To mały promyczek słońca wjrzał spoza chmur, ale zląkł się ciemności i schował się znowu.
— Czy być może, czy być może, Gotfrydzie? Co za tchórz z tego promyka! Biedne drzewa i kwiaty!