Księżniczka leżała w wielkim, bogato rzeźbionym łożu, pod baldachimem z adamaszku.

Jej twarzyczka, jasną aureolą złotych włosów otoczona, bielsza była od koronek pościeli, a drobne rączki bezwładnie spoczywały na bogatych draperiach58 kołdry.

Wokół niej siedziało sztywnie i nieruchomo, jak przystoi damom dworu w obecności królewskiej, dwanaście ochmistrzyń, które ujrzawszy króla jednocześnie podniosły się, jednocześnie dygnęły i jenocześnie usiadły tak samo sztywnie i nieruchomo jak poprzednio.

Ale mała księżniczka nie poruszyła się nawet, tylko długie jej, ciemne rzęsy, rzucające cienie na przezroczystą białość jej twarzy, drgnęły i uniosły się. A wówczas ujrzał Gotfryd oczy o barwie fiołków, dziwnie smutne i zadumane.

— Jakie piosenki lubisz, mała księżniczko? — zapytał.

— Lubię piosenki ciche i smutne, szare i rozpłakane jak dzień jesienny. Lubię takie, a nie inne, ponieważ takie, a nie inne wydaje mi się wszystko wokoło mnie.

Westchnął głęboko król, ale Gotfryd nie stropił się59 wcale, jeno rzekł:

— Dobrze, księżniczko, zagram ci taką piosenkę. Posłuchaj tedy.

I zagrał. A była to dziwna piosenka!

Bim... bum... bim... bum... — pluskają o szyby ciężkie, duże krople deszczu.