— Gdybym to wiedział, mój chłopcze! Czyż nie posiada córka moja komnat wspaniałych? Czyż sto służebnych nie czeka jej rozkazów? Czyż nia ma szat z aksamitu i jedwabiu, złotogłowiu i srebrnej lamy? Czyż nie obdarzyłem jej najkosztowniejszymi klejnotami? Prawda, że gdy była jeszcze w kołysce, odumarła ją matka. Ale czyż brak jej opieki? Czyż nie posiada dwunastu ochmistrzyń57, które czuwają nad każdym jej krokiem? Nie, naprawdę nie wiem, dlaczego córka moja chora jest na ten smutek trujący i jadowity.
Jadą tedy dalej milcząc, a wtem król zapyta:
— Grajku miły, nie wiesz to, dlaczego we wszystkich wioskach ruch taki dziwny panuje i jak gdyby przygotowania świąteczne?
— Królu miłościwy! — rzeknie Gotfryd zdziwiony. — Czyż zapomniałeś, że dziś wieczór, skoro pierwsza zabłyśnie gwiazda, zasiądą ludzie do wieczerzy wigilijnej?
— Smutno jest i ciemno w zamku moim — odparł ponuro król. — Dawno już w nim świąt żadnych nie święcimy — śmierć czuwa u jego bram. Dałby to Bóg, mój chłopcze, abyśmy się dziś wesoło opłatkiem przełamali.
I rzeknie mu Gotfryd z powagą wielką:
— Wszystko jest, królu, w mocy Pana i niechże się święci imię jego na ziemi i na niebie...
*
Kiedy król i Gotfryd weszli do komnaty księżniczki Roksany, zmrok już poczynał zapadać i służebne zapaliły właśnie świece w ciężkich srebrnych świecznikach. A czyniły to cicho i bezszelestnie, gdyż każdy szmer raził chorą księżniczkę.
Ściany komnaty obite były ciemnofiołkowym, prawie czarnym aksamitem, w złote lilie haftowanym, a okna zasłaniały ciężkie kotary.