— Możesz mnie, królu Zygmuncie, w pętach na zamek swój pognać — w twojej to jest mocy, ale choćbyś mi miecz swój powoli do serca w pierś wbijał — klnę się na skrzypki moje — nie usłyszysz ani jednej mej pieśni!
Uczyniła się cisza ogromna i nikt z dworzan odetchnąć nie śmiał, a drżeli wszyscy jak osinowe liście.
A król Zygmunt i Gotfryd w oczy sobie patrzyli, jak gdyby w pojedynku osobliwym się mierząc.
I stała się rzecz dziwna: Oto nagle król Zygmunt, pan potężny i dumny, głowę spuścił i głosem cichym prosić począł:
— Odpuść mi, Gotfrydzie, słowa moje! Słowa to były ojca nieszczęśliwego, który nie wie, jak dziecko swe ratować. Córka moja jedyna, księżniczka Roksana, na dziwną i straszną zapadła chorobę, która się smutkiem jadowitym zowie. A powiedzieli mi lekarze, że truje ją ona powoli i że dziecko me jedyne umrze, zanim pąki rozkwitną na drzewach. Jedno ją tylko uratować może — śmiech głęboki i szczery, wprost z serca idący. Ty ją jeden uratować możesz!
— Czemuż mi od razu tego nie powiedziałeś, królu Zygmuncie?! — zawołał Gotfryd. — Nie traćmy czasu na próżne gawędy, jeno co koń wyskoczy księżniczkę ratować spieszmy!
Ucieszył się bardzo król, Gotfryda obok siebie w saniach posadził, płaszczem go własnym otulił, bo mu przez marny kożuszek wiatr świstał, i w drogę ruszać kazał.
Jadą tedy, a Gotfryd króla zapyta:
— Powiedz mi, królu miłościwy, z jakiej to przyczyny księżniczka Roksana chora jest na ów smutek trujący a jadowity?
Westchnął król Zygmunt.