Roześmiał się srebrzyście Gotfryd i niebo błękitne wskazując odparł:

— Spójrz w górę, królu Zygmuncie — oto jest zamku mego sklepienie, a gdy noc zapadnie, nie sto, ale sto tysięcy srebrnych lamp na nim zapłonie... Spójrz na te świerki ogromne u dołu przysadziste a mocne, a w górze strzeliste i smukłe — oto są kolumny zamku mego... Spójrz na ten miękki, srebrzysty kobierzec, co posadzkę moją okrywa; czyż piękniejszy przywieźli ci kupcy ze wschodu? A wiosną na inny go zamienię, szmaragdów koloru, w coraz to inne kwiaty haftowany, brylantami rosy się mieniący, kobierzec, co pachnie i żyje... Spórz na te sosny ciche — oto są amfory moje, z których woń żywiczna płynie... Murów zaś żadnych mi nie trzeba, bo nie mam wrogów, królu Zygmuncie... Zaprawdę, nie pojadę z tobą!

— Dziecko nierozsądne, szczęścia swego ocenić nieumiejące! — rzekł król. — Pomnij, że nie co dzień łaska królewska cię spotkać może. W zamku moim na złocie i srebrze jadać będziesz, a słudzy moi nisko ci się pokłonią.

— Królu miłościwy! — Gotfryd mu na to odpowie. — Las mi poziomki rubinowe na misternie rzeźbionych liściach paproci podaje, a głupiec tylko serca przyjaciół na płatnych sług ukłony zamienia!

Zmarszczył brwi król najjaśniejszy.

— Tysiąc wasali, grajku wioskowy, słucha moich rozkazów i żaden z nich nie ośmieliłby się mego zaproszenia odrzucić, a są to wszystko grafowie i baronowie krwi szlachetnej i wielkiego rodu, a każdy z nich na dziesięciu zamkach siedzi...

— Tysiąc wasali, miłościwy panie, słucha twoich rozkazów, a są to wszystko grafowie i baronowie krwi szlachetnej i wielkiego rodu, na dziesięciu zamkach siedzący. Cóż ci po jednym grajku wioskowym?

Uniósł się wielkim gniewem król i zawołał:

— Zuchwałe są, nędzny pastuchu, zuchwałe są twoje słowa! Nie umiałeś ocenić mej łaski, poznasz mój gniew! W pętach cię pachołkom moim na zamek pognać każę!

Pobladł jak płótno Gotfryd, ale zaiste nie była to bladość strachu. Ku królowi parę kroków postąpił, głowę w tył dumnie odrzucił, a oczy jego chłodne się stały jak górskie jeziora.