— Niech wystąpi przed oblicze królewskie grajek wioskowy, Gotfrydem zwany!
Wysunął się z tłumu Gotfryd, zmieszany i onieśmielony bardzo, i przed królem stanął.
— Tyżeś to jest owym grajkiem, którego sława aż na dwór mój doszła? Mniemałem, że ujrzę męża siwowłosego, a widzę pacholę małe, niewiele co od Roksany mojej starsze! Z daleka przybyłem, by cię usłyszeć, chłopcze. Zagraj mi więc piosenkę jaką, a hojnie cię wynagrodzę złotem i srebrem, łaską moją królewską.
Uśmiechnął się Gotfryd i odparł:
— Nie sprzedaję za złoto ni za srebro piosenek moich, ale jeśliś przybył ich posłuchać, królu, słuchaj tedy.
I grać zaczął tak pięknie, że słuchali go z zachwytem i heroldowie, i rycerze, i sam król miłościwy. A kiedy skończył, zawołał król Zygmunt:
— Grajku najmilszy! Zaprawdę, nie ma na ziemi całej większego nad cię pieśniarza! Nie w chacie ci nędznej lub szałasie pasterskim mieszkać! Na dwór cię swój zabiorę, do zamku mego!
I odparł mu Gotfryd:
— Zaprawdę, najjaśniejszy królu, nie pojadę z tobą!
— Nie słyszałeś — rzekł król — jak piękny jest mój zamek. Sklepienie jego tysiąc kolumn wysmukłych wspiera, ściany tkaniny drogocenne, misternie w kwiaty stubarwne haftowane, a srebrem przetykane, okrywają, a posadzki — kobierce miękkie. Sto lamp na złotych łańcuchach zawieszonych ciemności nocy rozprasza. Pachnidła z dalekich przywiezione krajów, w srebrnych amforach zamknięte, woń cudowną rozprzestrzeniają. A wokoło zamku tego mury wysokie i potężne się wznoszą, wrogowi tysiącem baszt przystępu broniąc.