— Dostojny panie! Nie odjechał wcale Gotfryd. Stoi przed bramą, prosty i nieruchomy z obnażonym mieczem w dłoni, tak właśnie jak przystoi rycerzowi, który wyzwał przeciwnika na walkę śmiertelną i oczekuje na jego przybycie.
Zaklął hrabia Albert i dziwnie gniewny i ponury odszedł do swojej komnaty, a zasunąwszy rygle samotnie nad czymś rozmyślał.
Aliści pod wieczór dnia tego straszna się zerwała burza. Najstarsi ludzie powiadają, że nigdy jeszcze takiej burzy nie widzieli.
Oślepiająca jasność błyskawic zdawała się rozdzierać niebo, huk grzmotów ogłuszał, a deszcz lejący strumieniami wypłoszył nawet warty z murów. Każdy chronił się, jak mógł i gdzie mógł. A burza szalała noc całą i dopiero ze wschodem słońca uciszać się nieco poczęła.
Wtedy to właśnie przywołał do siebie Albert pazia i rozkazał mu do burgrabiego, którego izba na wieży się znajdowała, iść i zapytać go, czy dawno Gotfryd odjechał.
Z niemałym strachem, po kolana w wodzie brodząc, dostał się do wieży burgrabiego paź i pytanie pana swego powtórzył.
Wziął go za rękę burgrabia i do okna podprowadziwszy rzekł krótko:
— Patrz.
Spojrzał paź i krzyknął z zadziwienia wielkiego. Pośród świateł i błyskawic, i huku grzmotów, wycia wichru i ulewy deszczowej stał tak Gotfryd. Stał prosto i nieruchomo z obnażonym mieczem w dłoni, jak przystoi rycerzowi, który wyzwał przeciwnika na walkę śmiertelną i oczekuje jego przybycia...
Poszedł tedy paź do hrabiego i to, co widział, mu opowiedział.