Popatrzył na niego ponuro Albert i ręką drzwi wskazał na znak, by się oddalił.

Odszedł paź, ale pachołek, co u drzwi na rozkazy oczekiwał, słyszał, jak hrabia Albert bez spoczynku, ciężkimi krokami po izbie się tłukł niby zwierz dziki, w klatkę pojmany.

A nazajutrz skwar taki po owej burzy nastał, że zdawało się, iż żar roztopiony z nieba się leje. I znowu najstarsi ludzie powiadali, że jako żywo upału takiego nie widzieli. Nikt z komnat nie wychodził, bo powietrze parzyło płuca, kamienie dziedzińca stały się jak rozpalone żużle78, a woda w studni wyschła.

Roztworzył drzwi swej komnaty książę Albert i po krętych schodach na basztę wyszedł, a potem w dół spojrzał.

Pod murami zamku, na których ani jeden nie został wartownik, na polu, którego zboża i kwiaty tak wypaliło słońce, że w piaszczystą zamieniło je pustynię, stał Gotfryd. Zbroja jego rozpalona była do czerwoności, iż wydawał się ognistym słupem, od którego blaski i światła szły dziwne. Stał prosty i nieruchomy z obnażonym mieczem w dłoni, jak przystało rycerzowi, który wyzwał przeciwnika na walkę śmiertelną i oczekuje jego przybycia.

Patrzył na niego długo hrabia Albert, ale na twarzy pana na Montclaire nie było ani gniewu, ani naigrawania się.

Hrabia Albert był bardzo blady, a oczy jego były pełne łez.

I nagle zachwiał się Albert, jakby go tamten rycerz z dołu strzałą w samo serce ugodził, i padł na kolana.

I bił się w piersi hrabia Montclaire’u, i szlochał jak dziecko. A potem kazał dać sobie włosiennicę79 i worek z grubego płótna i bosy, z odkrytą głową, w dół zeszedł po moście zwodzonym i przed Gotfrydem stanął.

Ale Gotfryd nie widział go.