Twarz rycerza była spalona, usta popękane od żaru i pragnienia, a oczy zaszłe krwią i oślepłe od słońca.

Klęknął tedy przed nim Albert i kolana jego obejmując rzekł:

— Oto zwyciężyłeś mnie, Zwycięzco! Oddaj wdowie, o której cześć walczyłeś tak mężnie i wytrwale, jak żaden jeszcze nie walczył rycerz, ziemie jej należne, moje zaś dobra i zamek mój prawem łupu wojennego do ciebie należą. Niewolnikiem jestem twoim i uczynię wszystko, co rozkażesz. Jedną mi tylko łaskę wyświadcz: wejdź pod ten dach, który dotychczas swoim zwałem, pokrzep się nieco i spocznij.

Ale Gotfryd przytulił głowę jego do piersi i odparł:

— Niech mnie Bóg broni, bym ci dobra twoje i zamek twój zabierał! Napraw jeno krzywdę, którąś wyrządził, bądź mi przyjacielem, a do domu twego chętnie wejdę i spocznę w nim bardzo rad.

Weszli więc do zamku, a hrabia Albert, ugościwszy rycerza, na posłaniu go ze skór miękkich ułożył i do rana sam nad nim czuwał.

Nazajutrz obudził się Gotfryd zdrów i wypoczęty i do stolicy pojechał.

Ale sława jego czynu biegła przed nim i kiedy do zamku królewskiego się zbliżył, oczekiwał przed bramą na niego sam król najjaśniejszy i księżniczka Roksana, i dwór cały, i wszyscy wasale.

Zsiadł z konia Gotfryd i do króla z powitaniem podszedł.

Aliści rzekł król: