Wszelako gdy Gotfryd podniósł ciężkie wieko skrzyni, znaleziono w niej tylko trzy naszyjniki: jeden z pereł, drugi ze szmaragdów, trzeci z rubinów. Prawda, że bardzo pięknej roboty były te naszyjniki i kamienie w nich były niezwykłej wielkości, ale cóż z tego, kiedy wszystkie utraciły blask swój i barwę, były bowiem to kamienie od dawna umarłe.
Król Zygmunt jednak przyglądał im się z radością i zachwytem.
— Oto są — powiedział — klejnoty godne mej córki, księżniczki Roksany! Każ, Gotfrydzie, by zaniesiono je memu alchemikowi82, on przywróci im blaski, które utraciły.
Alchemik jednak wysłuchawszy woli królewskiej odparł:
— Nie mogę wrócić życia tym kamieniom. Nie w mojej to jest mocy, tak jak nie w mojej mocy jest wskrzeszać umarłych.
I oto stała się rzecz dziwna. Król Zydmunt, który zwykle niewiele troszczył się o klejnoty, zapałał nagłym nieprzepartym pragnieniem posiadania tych kamieni żywych, lśniących barwami tęczy, cudownie pięknych!
Wszystkie inne sprawy przestały go zajmować. Nie wyjeżdżał już na łowy, nie budował zamków obronnych, nie czynił wypraw wojennych, nie ucztował ze swymi rycerzami.
Na wszystkie strony świata rozsyłał gońców i kazał im wielkie nagrody temu, kto by się podjął umarłe kamienie uzdrowić, obiecywać. Polecił również kupców, którzy przyjeżdżali z zamorskich krain, zatrzymywać i na zamek prosić i długo ich wypytywał, czy o takim mędrcu nie słyszeli.
Ale na próżno.
I coraz większy smutek i przygnębienie ogarniały króla. Daremnie wierni poddani, chcąc rozweselić serce jego, najpiękniejsze mu znosili klejnoty. Król pragnął jeno tych, które umarły. Ta dziwaczna zaś i niezrozumiała żądza rosła w nim z dnia na dzień, aż wreszcie doszło do tego, że król Zygmunt, znany ze swej pobożności i cnót chrześcijańskich, rzekł raz do Gotfryda w obecności wszystkich rycerzy: