Upłynęło od tego czasu coś trzy dni.
I znowu o północy ktoś do bramy zamku zapukał. Tym razem jednak nie był to uzdrawiacz umarłych kamieni, ale jego sługa, mały, czarny karzeł. Odnosił on królowi naszyjniki. A gdy otworzył król niewielką skrzyneczkę z brązu, w której były złożone owe klejnoty, okrzyk radości i zachwytu wyrwał się z jego piersi. Bo też nikt chyba nie widział jeszcze tak cudownie pięknych kamieni!
Zieleń szmaragdów miała jakieś osobliwe, głębokie i przezroczyste tony.
Perły mieniły się bladoróżowym i złotym światłem jutrzenki85.
Rubiny płonęły gorącą purpurą ognia.
Kazał więc król dać karłowi wór pełen złota, a przywoławszy księżniczkę Roksanę podarował jej naszyjniki polecając, by zawsze jeden z nich nosiła.
Nazajutrz jednak księżniczka Roksana wyszła ze swej komnaty bardzo blada i smutna.
— Ojcze mój i królu — powiedziała — nie chcę nosić tych klejnotów! Każ je zabrać skarbnikowi. Miałam dziś w nocy dziwny sen. Śniło mi się, że szmaragdy mego naszyjnika poczynają z wolna poruszać się niby żywe i jedne o drugie uderzają, i taką wydzwaniają piosenkę:
Ma zieleń nasza, ma zieleń nasza
Ton jasny, przezroczy,