I wtedy szmaragdy i perły wraz z nimi unosić się i opadać, i krążyć poczynają, i tańczą jakiś dziwny taniec, i wydzwaniają dziką i straszną, i żałosną melodię, to jak płacz, to jak śmiech brzmiącą.

Teraz dopiero król Zygmunt zasmucił się i przestraszył bardzo, ale mimo że kazał zabrać klejnoty do skarbca, dziwne sny nie tylko nie przestały dręczyć księżniczki, ale nawiedzać poczęły króla i jego rycerzy.

Nocą zdawało się wszystkim, że słyszą na schodach ze skarbca wiodących ciche dzwonienie: to kamienie długim tęczowym korowodem wychodziły z podziemi i biegły w górę, do komnat królewskich.

Przerażony i zgnębiony król kazał klejnoty owe zamknąć w żelaznej skrzyni i rzucić w pobliskie jezioro.

Ale, szlachetni panowie, nie tak łatwo pozbyć się było owych zaklętych kamieni...

Tej samej nocy jeszcze rybacy znad jeziora usłyszeli dziwne dzwoneczki.

To pewnie panny wodne88 swe kozy na przybrzeżne łąki pędzą — pomyśleli i zdjęci ciekawością wychylili się ostrożnie z chaty, by się owemu wodnemu bydełku przypatrzyć. Nie były to jednak kozy wodne.

To zaczarowane kamienie wychodziły z głębi jeziora i lśniącymi cudownymi barwami wężem do zamku królewskiego biegły...

Cały zamek opanowała taka trwoga, że gdy tylko zmrok zapadł, nikt nie śmiał sam w ciemnej komnacie zostać, a strażnicy pełniący warty chronili się do izb czeladnych, byle szmer zasłyszawszy.

Próżno Gotfryd starał się dodać im otuchy. Próżno gniewał się lub zawstydzał. Najdzielniejsi żołnierze odpowiadali mu, że gotowi zawsze stawić czoło nieprzyjacielowi, ale nie czarom i złym duchom.