I zaledwie Gotfryd wziął go do ręki, niebo wypogodziło się, wiatr ucichł, morze pobłękitniało, a król morski i rusałka zniknęli bez śladu. Dosiadł więc Gotfryd swego rumaka i w powrotną drogę wyruszył.
Noc była znowu głęboka, gdy przed murem dom czarnoksiężnika otaczającym zatrzymał się i tak jak poprzednio do ogrodu się dostał. Radośnie, choć blada i trwożna, powitała swego zbawcę królewna Liliana.
— W sam czas przybywasz, Gotfrydzie! — rzekła. — Czarnoksiężnik uczy teraz swe kamienie zaklętego tańca, którym dręczą one później ludzi. Jest on zwykle tak pochłonięty tym zajęciem, że nie zwraca uwagi na to, co się wkoło niego dzieje, i najłatwiej ci będzie podejść do niego niepostrzeżenie. Znajduje się on w domu swym, którego ściany rozsuną się przed tobą, gdy tylko dotkniesz ich czarodziejskim kwiatem. Idź tedy, niech ci Bóg szczęści w tej walce!
Wyjął miecz swój Gotfryd i do domu podszedłszy ściany jego kwiatem algi dotknął. Ściana rozsunęła się przed nim cicho i bezszelestnie i Gotfryd wszedł do wnętrza.
Minąwszy sal kilka, czerwonym światłem, nie wiadomo skąd płynącym, oświetlonych, o ścianach w dziwaczne arabeski91 ze znaków czarnoksięskich malowanych, znalazł się wreszcie Gotfryd w sali, z której już z daleka dolatywał go dźwięk fletu. Na środku owej sali paliło się ognisko, którego płomień to purpurowy, to zielony, to żółty, to fiołkowy się stawał. W jego migotliwym świetle ujrzał Gotfryd czarnego karła, który z podwiniętymi nogami przy nim siedząc, na małym złotym fleciku wygrywał. Za nim stał czarnoksiężnik z kryształową pałeczką, którą już Gotfryd w ogrodzie raz widział, w dłoni i dziwne jakieś wykonywał znaki.
W takt to tych znaków właśnie zdawała się dźwięczeć muzyka karła i w takt tych znaków podnosiły się ze skrzyń pod ścianami stojących, niby snopy kolorowych iskier, drogie kamienie i opadały w nie znowu, dzwoniąc cicho. A był on tak pochłonięty tym zajęciem, że, jak przepowiedziała królewna, nie spostrzegł wejścia Gotfryda i obrócił się dopiero wtedy, gdy Gotfryd kwiatem algi go dotknął.
Zaryczał z wściekłości potwór i miecz swój z pochwy wyrwawszy na Gotfryda się rzucił. Ale nie było jeszcze takiego rycerza, który by „Zwycięzcę” pokonał. I nie minęło kilka pacierzy, a uzdrawiacz umarłych kamieni martwy u stóp wroga leżał.
Wybiegł do ogrodu Gotfryd, by królewnie morskiej radosną nowinę zwiastować, aliści zastał ją od czaru okrutnego uwolnioną.
— Gotfrydzie — zawołała. — Wiedz, że masz odtąd we mnie i w ojcu mym przyjaciół najwierniejszych; weź ten pierścień na pamiątkę od morskiej królewny.
Pożegnał się z nią Gotfryd i do zamku podążył, gdzie go już uzdrowiona księżniczka i dwór cały niecierpliwie oczekiwał.