Daremnie przemierzał dalekie lądy, przedzierał się przez puszcze i przeprawiał przez rzeki.

Nigdzie nie natrafił na najmniejszy nawet ślad zaginionego księcia.

Zwątpienie zaczęło się już zakradać do duszy Rolanda. Może Gerald zamordował bratanka i próżne są wszystkie jego poszukiwania? Ale myśl o nieszczęsnym kraju, który jeno Gotfryd mógł ocalić, dodawała starcowi sił do dalszej wędrówki i Roland szedł coraz dalej i dalej. Aż zaszedł na brzeg wielkiego morza. U brzegu właśnie stał wielki statek kupiecki i kupcy zgodzili się chętnie przyjąć na pokład barda, który skróci im śpiewem i baśniami długie dni podróży.

Po drodze dowiedział się od nich Roland, że wiozą oni kosztowne kobierce, tkaniny i klejnoty dla bardzo potężnego króla, Zygmunta Wspaniałego.

— Jest to wielki i sprawiedliwy monarcha — mówili — a w państwie jego rolnicy i kupcy zażywają wiecznego pokoju, gdyż żaden nieprzyjaciel nie ważyłby się walczyć przeciw Gotfrydowi Zwycięzcy, który nie ma sobie równego między rycerzami.

— Któż to taki ów Gotfryd Zwycięzca? — zapytał zaciekawiony Roland. — Czy to syn lub krewniak królewski?

— Nie! — odparli na to kupcy. — Nikt nie zna jego rodu, albowiem król przywiózł go na swój dwór, gdy rycerz ten pacholęciem był jeszcze. Powiadają, że znalazł go gdzieś w górach między pasterzami.

Wspomniał Roland moje przepowiednie i uczuł, że serce bije mu młotem w piersiach, a niecierpliwość i nadzieja rade by użyczyć skrzydeł żaglom.

Toteż natychmiast po wylądowaniu udał się na dwór królewski.

A gdy przed królem i jego rycerzami swą pieśń zaśpiewał, nagle jeden z nich, połą99 płaszcza swego twarz zakrywszy, zapłakał...