Rzucił Roland Prawy swą lutnię i zawołał:
— Tyś jest Gotfryd, ukochany nasz książę i pan!
A odparł mu Gotfryd:
— Tyś jest Roland Prawy, rodzica mego przyjaciel i doradca!
I rzucili się sobie w objęcia płacząc, a dwór cały i król Zygmunt Wspaniały patrzyli na to z wielkim zadziwieniem. Tedy Gotfryd opowiedział królowi wszystko i poprosił, by mu pozwolił natychmiast do kraju swego wyruszyć.
Wysłuchał go król i rzekł:
— Słuszną jest rzeczą, abyś szedł tam, gdzie cię woła obowiązek. Każę zaraz przygotować sto okrętów, które zawiozą ciebie i twoją rycerską drużynę (dam ci bowiem tysiąc najmężniejszych mych rycerzy) do twojej ojczyzny. Będziemy cię czekali niecierpliwie, ja i Roksana. Wracaj, jak zawsze — zwycięzcą!
— Dziękuję ci, najjaśniejszy panie — odparł mu Gotfryd — ale nie chcę wracać do kraju mego na czele obcych zastępów, jak zdobywca! I nie chcę walczyć mieczem o tron ojców moich! Oto odpasuję go i zostawiam. Jedyną bronią, którą zabieram ze sobą do ojczyzny, będą skrzypki moje!
— Panie mój! — zawołał Roland Prawy. — Cóż to za nierozsądne wyrzekłeś słowa! Czy myślisz, że pieśnią skruszysz serce tego tyrana, który setki ludzi co dzień zabija? Jeśli nie chcesz prowadzić na kraj swój obcych zastępów, to zwołaj lud swój i swoje rycerstwo. Wszyscy podążą na twe wezwanie zbrojni, jak kto może!
— Zwołam lud mój i moje rycerstwo — rzekł Gotfryd — ale każę mu iść za sobą bez broni. Jeśli się lękasz, Rolandzie Prawy, zostań tutaj i czekaj mego powrotu.