— Nie Gotfrydzie. Nie mogę tego uczynić. Twoją narzeczoną więzi król wichrów i ciemności, lodowców i przepaści. Każdego śmiałka, który by się porwał przeciw niemu, czeka pewna śmierć. Roksana zaklina cię, abyś jej nie szukał, bo zginiesz.
— Zginę albo wyswobodzę ją! — zawołał Gotfryd dobywając miecza. — Prowadź mnie!
Sarenka wstrząsnęła główką.
— Nie mogę tego uczynić, Gotfrydzie! Ale idź za mną, zaprowadzę cię do chaty starego pustelnika. Zna on nie tylko wszystkie drogi w górach, ale i sposoby walki z królem ciemności i może dać ci niejedną dobrą radę.
— Dobrze, sarenko! — rzekł Gotfryd. — Prowadź mnie do niego, prowadź mnie prędko, bo serce moje goreje102 z niecierpliwości!
Zeszli tedy razem w niewielką dolinę. W jasnym świetle księżyca ujrzał Gotfryd chatkę pustelnika.
Pustelnik, siwy jak gołąb staruszek, siedział na jej progu, wpatrując się w dal, jak gdyby oczekiwał kogoś.
— Witaj, młody rycerzu! — rzekł ujrzawszy przed sobą Gotfryda. — Dobrze, że tędy przechodzisz, gdyż jestem już taki stary, że nie mam sił narąbać sobie drzewa, a ty nie odmówisz mi pewnie tej przysługi. Topór leży w izbie.
Gotfryd śpieszył się bardzo, ale nie przystoi prawemu rycerzowi odmawiać pomocy słabszemu. Skłonił się więc w milczeniu starcowi, wziął topór i zabrał się do pracy.
— Ot, co znaczy młodość i siła! — rzekł po chwili pustelnik. — Nie zdążyłem odmówić jeszcze jednego Ave Maria103, a na całą zimę starczy. Wejdź do izby i rozpal ogień na kominie.