Gotfryd nie wiedział już teraz, dokąd iść dalej. Wtem usłyszał tuż obok siebie cichy jęk i ujrzał, że u jego stóp leży mała sarenka i patrzy na niego smutnie wielkimi, czarnymi oczyma.
Gotfryd pochylił się nad nią i pogłaskał jej śliczną główkę.
— Co ci jest, biedactwo? — rzekł ze współczuciem. — Jaka szkoda, że nie umiesz mówić! W każdym razie nie mogę pozwolić, abyś tu zmarła na śniegu. — I zdjąwszy swój płaszcz okrył ją.
Ale sarenka zerwała się i powiedziała wesoło:
— Mylisz się, książę Gotfrydzie, mylisz się! Dziś jest noc Bożego Narodzenia, a w tę noc cudowną wszystkie zwierzęta mogą mówić na pamiątkę, że pan Jezus narodził się między nimi.
— Ale skądże wiesz, jak się nazywam? — zapytał zdziwiony Gotfryd.
— Ta, która mnie posłała do ciebie, powiedziała mi: „Poznasz go po tym, że jest najpiękniejszym z rycerzy”. Wielu jest pięknych rycerzy — odpowiedziałam. „Więc poznasz go po tym, że jest najmężniejszy!”. Jakże się będę mogła o tym przekonać? — zapytałam. „A więc poznasz go po tym, że choćby sam cierpiał, nie przejdzie obojętnie obok cudzego cierpienia... ”. I poznałam cię. Bądź pozdrowiony, książę Gotfrydzie!
— A któż cię do mnie przysłał? — zapytał Gotfryd.
— Twoja narzeczona, księżniczka Roksana! — odparła sarenka.
— Jak to? Więc widziałaś ją! Rozmawiałaś z nią?! Wiesz, gdzie się ona znajduje?! Możesz mnie do niej zaprowadzić?!