— Gotfrydzie! Gotfrydzie! — wołali rycerze, którzy zdołali tymczasem ochłonąć z przerażenia i zrozumieć, co się właściwie stało. — Poczekaj, Gotfrydzie! Nie pędź za tym olbrzymem, bo zabije cię jednym uderzeniem. Poczekaj! Naradzimy się wspólnie, co mamy uczynić! Gotfrydzie! Gotfrydzie!

Ale książę Gotfryd już ich nie słyszał.

Bez hełmu, ze wzniesionym do góry mieczem, pędził co koń wyskoczy za czarnym rycerzem, wołając:

— Stój! Stój, nikczemny tchórzu! Stój i zmierz się ze mną!

Ale czarny rycerz nie obejrzał się nawet.

Może zresztą głos Gotfryda nie dochodził do niego, bo tętent kopyt jego konia głuszył wszystko. Kopyta te żłobiły w ziemi tak ogromne doły, że Gotfryd z trudnością mógł je przeskakiwać, czarny rycerz oddałał się coraz bardziej, aż wreszcie Gotfryd stracił go zupełnie z oczu.

I wówczas książę Gotfryd, ten Gotfryd, którego zwano „Zwycięzcą” i „Niezłomnym”, zapłakał jak dziecko. Jego rycerskie serce nie mogło znieść myśli, że jego narzeczona, złotowłosa księżniczka Roksana, delikatna jak kwiat i jak motyl, znajduje się w rękach czarnego rozbójnika, a on, Gotfryd, nie może jej ocalić.

Ale niegodnym prawdziwego rycerza byłoby rozpaczać, gdy nie wszystko jeszcze stracone. Opanował więc Gotfryd swój ból i popędził dalej śladami kamiennego konia.

Dwa dni i dwie noce jechał Gotfryd, nie pijąc i nie jedząc, aż trzeciego dojechał do gór. I tutaj ujrzał, że ślady kamiennego rumaka znikają zupełnie, jak gdyby zapadł się on wraz ze swym jeźdźcem w ziemię. Ale Gotfryd nie tracił nadziei. Koń tak wielki mógł przecież przeskakiwać skały i ślady jego kopyt znajdą się po drugiej ich stronie. Tak pomyślawszy zsiadł z konia, wziął go za uzdę i zaczął się piąć stromą ścieżką w górę. Kamienie osuwały się spod jego nóg, głód i pragnienie dokuczały mu, ciężka zbroja, której już trzeci dzień nie zdejmował, gniotła i wpijała się w ciało. Ale nie na darmo zwano go przecież „Niezłomnym” — szedł wytrwale wciąż naprzód i naprzód.

Tymczasem zapadła wczesna noc zimowa i zadymka śnieżna zasypała wszystkie drogi w górach.