— To pewno przybywa jakiś gość spóźniony — rzekł król.
Ale tętent rósł i potężniał. To już nie sto, to tysiąc koni grzmiało podkowami!
— Czy to nie jakiś zdradziecki nieprzyjaciel chce napaść niespodzianie na zamek? — szepnął dowódca królewskiej straży, a rycerze odstawili puchary, powstali i słuchali w ciszy.
A tętent rósł i potężniał. To już nie tysiąc koni grzmiało podkowami — to leciało sto tysięcy dzikich rumaków! Nie! To huczały gromy, to waliły się góry, to zapadała się ziemia cała!
Rzucili się ku oknom król i rycerze i znieruchomieli z przerażenia. Po zamkowej drodze pędził rumak tak wielki jak góra, na której wznosił się zamek. Rumak zdawał się cały jak gdyby wyciosany ze skały, oczy jego paliły się niby dwie krwawe gwiazdy, a z nozdrzy szedł ogień, spod żelaznych kopyt tryskały iskry.
Na rumaku siedział olbrzymi rycerz, od stóp do głów w czarną zbroję zakuty, a na czarnym jego szyszaku101 powiewał płomienny pióropusz.
Jednym uderzeniem potężnej pięści, w żelazną rękawicę zakutej, zgruchotał czarny rycerz bramę i mur zamkowy i położył trupem stu wartujących halabardników, po czym z konia zeskoczył i zginając się wpół wszedł do sali, gdzie odbywała się uczta weselna. Jak zaklęci w kamień stali wasale i dworzanie królewscy, nie śmiejąc poruszyć się.
Jeno dwoje ludzi nie zwróciło uwagi na przybycie strasznego gościa, tak jak nie zwróciło jej poprzednio na huk kopyt jego kamiennego konia: księżniczka Roksana i książę Gotfryd siedzieli wciąż trzymając się za ręce i rozmawiali o zaczrowanym ogrodzie, w którym tysiące motyli o tęczowych skrzydłach tańczy w słońcu...
Czarny rycerz podszedł prosto do księżniczki i zanim zdążyła krzyknąć, porwał ją na ręce, wybiegł przed zamek, skoczył na konia i zniknął.
Książę Gotfryd stał przez chwilę nieruchomo, blady jak płótno, po czym z dzikim okrzykiem wyrwał miecz z pochwy, zbiegł na dół, skoczył na swego rumaka i rzucił się za czarnym rycerzem.