Od ściany wiało na niego lodowe zimno, ręce przymarzały mu do stopni, a każde poślizgnięcie groziło śmiercią. Ale Gotfryd miał nad głową Gwiazdę Wigilijną, a w sercu wielką miłość, nie czuł więc ani zimna, ani bólu, ani strachu.
Wreszcie stanął na szczycie, a pod stopami jego otwarła się bezdenna przepaść. A kiedy Gotfryd spojrzał w nią, pierwszy raz w swym życiu zadrżał. Panowała tu głucha cisza i ciemność. Kamień, strącony jego nogą w głąb, upadł nie wydawszy dźwięku... Owiała go woń pleśni i zgnilizny.
Gotfryd zawahał się...
Ale zaraz przypomniał sobie, że tam w tej głębi bezdennej znajdzie Roksanę, i rozpostarłszy ramiona rzucił się w otchłań.
Przez chwil kilka leciał z błyskawiczną szybkością w ciemność, ale nagle poczuł, że czyjeś potężne ramię obejmuje go wpół, powstrzymuje od upadku i stawia na ziemi.
Gotfryd znalazł się, jak mu przepowiedział pustelnik, w wielkiej sali, której ściany stanowiły cztery góry.
Pośrodku wznosił się tron z ogromnych granitowych złomów, a na nim siedział król ciemności i przepaści.
— Skąd się tu wzięłaś, ludzka mrówko, i jak śmiesz wchodzić do mego zamku?! — zapytał groźnie. A głos jego był jak ryk orkanu105 i trzykrotnym echem powtórzyły go ściany.
— Przyszedłem tu, aby oswobodzić Roksanę i ukarać cię, nikczemny zbóju, za to, żeś śmiał ją więzić! — odparł dumnie Gotfryd i sam zdziwił się potędze swego głosu, bowiem zabrzmiał on jak spiżowy dzwon i sześciokrotnym echem powtórzyły go ściany.
Król przepaści roześmiał się obrzydliwym rechotem, który mógłby przejąć dreszczem najodważniejszego rycerza.