— Nędzny głupcze! — zawołał. — Ty chcesz się sprzeciwiać mej woli?! Roksana zostanie moją żoną, choćby opierała się temu jeszcze bardziej, niż się opiera, i choćby miała takich stu rycerzy jak ty, których potrafię jednym dmuchnięciem obalić.
I dmuchnął. A od tego dmuchnięcia zerwał się taki wicher, że podniósł Gotfryda jak piórko i rzucił nim o ziemię.
Powstał książę Gotfryd i zawołał:
— Jeśli ty masz taką siłę, to ja, który walczę o Roksanę, muszę mieć większą!
I nie zastanawiając się wcale nad tym, że olbrzym, z którym chciał walczyć, rozkazywał wszystkim huraganom, zadął, co miał siły w płucach.
Święty Boże! Co się wtedy za wichrzysko zerwało! Nie tylko czarnego rycerza rzuciło na ziemię, ale jego granitowy tron obaliło tak, że się w drobne kawałki rozpadł!
Jeszcze nie zdążył Gotfryd ochłonąć ze zdumienia, które go na widok tego, co uczynił, ogarnęło, kiedy król przepaści podniósł się i odezwał w te słowa:
— Widzę, że jesteś silniejszy, niż myślałem, albo też pomagają ci jakieś nieznane mi moce. Nie przypuszczaj jednak, że jesteś silniejszy ode mnie. Obacz, co potrafię uczynić!
I podszedłszy do jednej ze ścian pchnął ją ze wszystkich sił. Góra zachwiała się w posadach i runęła ze strasznym łoskotem.
— No i cóż? — zapytał szyderczo król przepaści. — No i cóż, rycerzu Roksany, potrafiłbyś to zrobić?