Kara polewania wodą. Stosowana bywa niezależnie od pory roku i może trwać od 15 min. do 1 i ½ godz. Więźnia w ubraniu polewa się wodą z gumowego węża. To się zwykle kończy zapaleniem płuc. Bicie wodą z hydrantu z małej odległości, gdy chodzi o twarz, powoduje nieraz uszkodzenia gałek ocznych; bicie wodą w pierś wstrzymuje działalność serca i w pewnych wypadkach powodować może śmierć na miejscu.
Bardzo ciężka jest kara „słupka”, właściwie stara wojskowa kara austriacka, stosowana nie publicznie, na strychach budynków. Człowieka podwieszają za ręce, związane za plecami do słupka tak, by końce, czubki palców u nóg nie mogły się oprzeć o ziemię, ale jej z lekka dotykały; oprawcy rozsuwają przy tym wiszącemu nogi; ból od wyłamywania rąk, ból stawów w ramionach, w rękach jest podobno straszliwy (ja nie miałem tej kary); jest to tak bolesne, że silni mężczyźni podczas tej kary po prostu wyją i ryczą z bólu. Jednorazowa „dawka” słupka nie może przewyższać godziny, ale skazują na 2 i 3 godziny „na raty”, w różnych dniach! Lepiej, spokojniej znoszą tę torturę ludzie o silnej woli (choć nawet wątlejsi fizycznie) albo też bardzo wierzący, których ten rodzaj męczeństwa zbliżać się zdaje do Chrystusa. Tak to sobie teraz rozumiem, przebiegając w myśli znane mi wypadki kary „słupka”. Do kar „regulaminowych”, wynikających z zapisania w „protokole”, należy oczywiście również kara chłosty.
Na karę chłosty skazują na ogół za przewinienia uważane za największe; stosuje się tu publicznie karę chłosty, na placu, w obecności ustawionych w szeregi wszystkich internowanych... Skazują na 25, 50 i do 100 razów po 25 dziennie. Oczywiście 100 razów to jest pewna śmierć, ale mało kto z nas, wyczerpanych i wymęczonych, może wytrzymać ponad 50 razów i ostać się przy życiu, gdyż muszę zaznaczyć, że nie jest to byle jakie uderzenie, tylko walenie z ramienia, z całej siły. Tłuką kijami, bykowcem, rzadko gumą. SS-mani mają pod tym względem nie najgorszą orientację, gdyż wiedzą, w jakim miejscu więcej boli.
Zdaje się, że wymieniłem najważniejsze z regulaminowych kar.
Doraźnie, bez przedstawienia do protokołu, w trybie „szkolenia” internowanych, SS-mani stosują jeszcze różne procedery karne. Jest ich taka mnogość, że trudno to wyczerpać. Do ulubionych doraźnych kar należy tzw. „żabka”, skakanie w przysiadzie, stosowane poza tym i jako gimnastyka; każą tak skakać kwadrans, 20 minut! Starsi, ciężcy lub chorzy ludzie nie wytrzymują tej kary.
Ale muszę jeszcze powrócić do publicznej chłosty na placu, gdyż chciałbym, żeby ze słów moich można było choć w części wyobrazić sobie całą grozę i całą straszliwą zbrodnię takiej kary; chciałbym, żeby dzieci nasze w wolnej Polsce wychować w takiej do tych metod postępowania z ludźmi nienawiści, ażeby obóz koncentracyjny (Bereza!) nie był już nigdy w Polsce do pomyślenia. Bo rzeczywiście jest to rzecz nad wszelki wyraz zbrodnicza i straszna. Za czas mego pobytu w Oświęcimiu musiałem — wraz z całym ogółem — asystować cztery razy przy chłoście publicznej skazanego za próbę ucieczki. Właśnie za to przewinienie najczęściej stosują tę karę. Nieszczęśliwiec złapany przy takiej próbie ucieczki zazwyczaj ma już w ogóle dość życia: po pierwsze, wie, co go czeka, a po drugie — skoro się ważył na próbę ucieczki w tych warunkach — to już się właściwie ustawił między życiem a śmiercią. Toteż niektórzy ze złapanych miewali to szczęście, że ich na miejscu zastrzelono lub postrzelono śmiertelnie (myślę, że takich wypadków jest dużo, znacznie więcej, niż o tym wiemy); inni — bywali od razu przez rozwścieczoną straż zatłukiwani na śmierć. Innym znów — niekiedy — udawało się wyrwać z rąk straży, rzucić na druty i tak skończyć, gdyż w nocy i w razie alarmu drut bywa pod prądem. Jednak pozostawali jeszcze zawsze najwięksi pechowcy, którym nie udało się osiągnąć śmierci przed karą i ci musieli właśnie kończyć życie w paradzie, na placu, pod chłostą publiczną.
Wszystkim nam utkwiły te wypadki dobrze w pamięci. Szczególnie ostro pamiętam jeden. Był to młody jeszcze człowiek. Ustawiono go na placu na jakiejś prowizorycznie skleconej trybunie, na głowie miał kołpak błazeński, a za kołnierz wsadzono mu drąg z przytwierdzoną do tego tablicą i szatańskim napisem: „Ich bin wieder da!” („Jestem znów tutaj!”). W ręce dano mu bęben i gdyśmy się już przyjrzeli nieszczęśliwemu na trybunie, oprowadzono go przed frontami wszystkich bloków, nakazując bębnić. Potem zaś zaprowadzono go z powrotem na to podniesienie i tam sześciu zbójów zatłukło bezbronnego człowieka na śmierć kijami.
W dniu tej właśnie kaźni było nas w Oświęcimiu prawie 12 tysięcy. Więc tyle ludzi stało w szeregach, bez ruchu, bez drgnienia; z oczami utkwionymi w naszego nieszczęsnego towarzysza, w ofiarę. Mówiłem potem o tej sprawie z wieloma ludźmi, o różnych poziomach wykształcenia, kultury, z różnych środowisk — reakcja była identyczna: „Że musieliśmy stać! Patrzeć na to!... Zezwolić!...” Bo przecież każdy z nas zdawał sobie sprawę, że jest nas tyle tysięcy Polaków-więźniów i zaledwie kilkuset oprawców, licząc wszystko razem: SS, wojsko itd. Więc gdybyśmy się porwali?!... Ale oni mają karabiny maszynowe, wszelką broń, alarmy, telefony... Nie zostałby żaden z nas przy życiu! A jednak — a gdyby — może?... Gdybyśmy nie byli tak zaciśnięci w szereg, bez ruchu, bez drgnienia, prawie bez tchu?... Gdyby nas tak nie wy-tre-so-wa-no?... Gdyby się odważyć?!... Nie wiem, wielu tak wtedy myślało razem ze mną. Ale sądzę, że na pewno kilka tysięcy. Albo jeśli nawet nie myślało świadomie, nie ważyło w mózgu tej alternatywy, to czuło całym jestestwem, wszystkim, co w nas pozostawało z człowieka, że przeżywamy w tej chwili więcej, niż własną śmierć.
Teraz, kiedy już wiem, że muszę tu w domu umrzeć, widzę wyraźnie, jaka to będzie lekka sprawa w porównaniu z tym, co przeżywać musieliśmy wtedy na tym placu, no i w ogóle w Oświęcimiu.
Samobójstwa w Oświęcimiu — wbrew temu, co tu mówią w Warszawie — są niewątpliwie rzadkie. Jednak jesteśmy, Polacy, bardzo odporni. Kolega, który znał inne obozy, opowiadał, że często popełniali samobójstwo w obozach i Czesi, i Niemcy. W Oświęcimiu za mego pobytu było tylko parę wypadków rzucenia się przez więźniów na druty: było wiadomo, że straż w tym wypadku musi strzelać, bo może przypuszczać chęć ucieczki. W wypadkach, o których wiem, zamiar był samobójczy.