Najcięższe, oczywiście, są prace budowlane, zresztą sprowadzające się dla nas raczej do gromadzenia, ściągania, noszenia materiałów budowlanych dla zamierzonej w okolicy niemieckiej fabryki lub innych budynków. Materiały budowlane są ciężkie i bez żadnej miary bywają ładowane na człowieka. Warto tu nadmienić, że jeśli praca ta wypadnie więźniom będącym w kompanii karnej, muszą ją nadto wykonywać biegiem. A i w ogóle — poganianie tempa przy tej lub innej pracy zależy przecież od widzimisię, humoru, temperamentu itp. dozorcy. Tu naprawdę nieszczęśliwi są i gęsto składają swe życie w ofierze ludzie słabsi, starsi, a również ci zgoła nieprzyzwyczajeni do żadnej fizycznej pracy. Niezręczność, niesprawność fizyczna biednych naszych uczonych, profesorów, księży, adwokatów — przyprawia ich w obozie o niesłychane, codzienne męczeństwo. Bo u młodych zwierzaków niemieckich, którym cały intelekt wegnano w mięśnie nóg i rąk — każdy niezręczny, niezaradny ruch więźnia, każde potknięcie budzi nieopisany szał wściekłości. Bardzo często zabijają w takim wypadku na miejscu lub też stłuką tak, że człowiek musi w najkrótszym czasie życie zakończyć. Widziałem raz sam z daleka, jak biegł z cegłami starszy, chudy, wysoki więzień (zdaje się był to inżynier); zresztą nie wyglądał wcale na niedołężnego. Ale zdarzyło mu się poślizgnąć w biegu i upadł, rozsypując cegły. SS-man dopadł z błyskawiczną szybkością leżącego i uderzeniem buta w skroń zabił go na miejscu. Takich wypadków zdarza się bez liku.
Do najcięższych prac należy też tzw. wałowanie terenu. Do walca, za pomocą którego się to wykonuje, zaprzęgani są z przodu więźniowie; na walcu przytwierdzony jest rodzaj siedzenia, na którym siedzi capo dozorujący tej pracy. Teren obozu podlegający wałowaniu wysypany jest, jak już wspomniałem, bardzo ostrym żwirem, szutrem. Chodzi o ugniecenie tego szutru. Przy tej pracy więźniowie miewają nogi poranione i poobdzierane do krwi, a że nie dają ich leczyć, ani nawet porządnie umyć, u wielu wywiązywało się ropienie, gnicie i gangrena.
Capo zajmuje się przez cały czas tej bardzo forsownej pracy ludzkiej dzikim wrzaskiem i waleniem po więźniach bykowcem lub kijem. Przy tej pracy, z istoty swej wymagającej wielkiego wysiłku, pada i ginie bardzo wielu więźniów. Póki byli w obozie Żydzi (grupa ich, szczególnie dręczona, szybko wymierała i bodaj już teraz całkiem wymarła), to używano Żydów do tej pracy, ale nie samych tylko Żydów, również — księży. Przy tej okazji nadmienię, że chcąc dokuczyć księżom, Niemcy lokowali ich w bloku razem z Żydami. Jak tam inni księża sobie radzili, to nie wiem, ale był w Oświęcimiu ksiądz Marian Morawski, który zasłynął w całym obozie jako „święty”: tak wspaniałe, tak bohaterskie i zarazem tak głęboko chrześciańskie i ludzkie było jego zachowanie. Choć pracował on razem z Żydami przy wałowaniu drogi i dręczony był, poniewierany, bity, jak Żydzi, człowiek ten ani na chwilę nie utracił pogody ducha; z twarzy nie schodził mu łagodny uśmiech, miał dla każdego z towarzyszy niedoli słowa współczucia i otuchy. Wieczorami, w sztubie, zajmował się nieustannie najbardziej umęczonymi i udzielał im wszelkiej pociechy. Wpływ tego człowieka na więźniów był ogromny. Do końca życia też wytrwał w tej postawie. Oprawca zabił go podczas pracy uderzeniem z góry w głowę.
Męczące — bo głupie i bezcelowe — były takie prace, jak np. wybieranie kamyków z drogi; przenoszenie kamieni z miejsca na miejsce; kopanie do niczego niepotrzebnych dołów, które bardzo często wkrótce kazali znów zakopywać. Rozumieliśmy, że nie idzie tu naprawdę o wykonanie jakiejś pracy, tylko o to, by zmuszać nas do całodziennego, zawsze niewspółmiernego do naszych sił i do żywienia wysiłku, by torturować przy tej sposobności i trzymać w stałym napięciu. Tym bardziej, że nawet ciężko chorzy musieli wychodzić do pracy. Sądzę, że nadzór nie gorzej od nas pojmował zupełną zbędność i bezcelowość niektórych wykonywanych w obozie prac. Ale to nie przeszkadzało: wymagać, dopingować, bić, karać.
Czasami nie było pracy do wykonywania. Wtedy ustępowali kapowie, a przejmowała nas grupa dozorców. Zaczynały się ćwiczenia „gimnastyczne”, o których już pisałem. To bywało nieraz jeszcze cięższe do wytrzymania!
Kapowie, poza całkowitą, nieograniczoną swobodą bicia więźniów, którą sobie przyswajali od chwili objęcia „urzędu” — nie mieli prawa osobiście przedstawiać więźnia do tzw. protokołu, czyli kary protokolarnej, regulaminowej, o charakterze i wysokości której decyduje komendant obozu. Ta sprawa musiała iść od capo do SS-mana i ten dopiero posuwał ją dalej. Jedynym przywilejem ciężko pracujących była zwiększona racja chleba (3 razy w tygodniu po 1 kg).
VIII
Przechodzę więc teraz do kwestii kar.
Ludzie, którzy nie bywali w obozach koncentracyjnych, najczęściej łączą ze sobą sprawę kar z codziennym, powszechnym biciem i zatłukiwaniem więźniów. Otóż te rzeczy my odróżniamy i trzeba je rozróżniać. Kary, jakie wyznacza władza obozu za różne przewinienia, są w ogóle ciężkie; niektóre — straszne; jedyna kara lekka — to jest pozbawienie wolnej niedzieli. Ta kara jest też marzeniem wszystkich więźniów.
Kara ciemnicy polega na zamknięciu w tzw. bunkrze, maleńkiej, pustej celi, o wodzie i odrobinie chleba. Ciepłą strawę dają do ciemnicy raz na kilka dni. Kara ta bywa jeszcze łączona z chłostą.