Praca. Wiem, że bardzo ważne jest napisać porządnie o pracy internowanych, przy której i w związku z którą umarło i umiera tyle ludzi.
Nie trzeba tego tak rozumieć, że sama praca, jako taka, zabijała ludzi. Zwłaszcza dla ludzi zdrowych i przyzwyczajonych do fizycznego wysiłku — tak ciężkiej pracy w obozie nie było. Powiedziałem zresztą, że umierają ludzie przy pracy i w związku z pracą i to jest ścisłe, bo zabija nie sama praca, a praca w związku ze złym odżywianiem, przeziębianiem się itd. Właściwie w okresie kwarantanny, gdy nas jeszcze nie dopuszczają do żadnej pracy, wszyscy się do niej wyrywamy. Bo wydaje się, że skróci to nieograniczony czas pobytu w tej przeklętej kaźni, oderwie myśl, stworzy jakąś ulgę. Zwłaszcza silni, dobrze zbudowani, rozrośnięci mężczyźni, o wyrobionej muskulaturze, przyzwyczajeni do ciężkiej pracy fizycznej, upatrują w tej pracy sposób umożliwienia sobie przetrwania w obozie. Ale te oczekiwania i nadzieje zazwyczaj kończą się wielkim rozczarowaniem, gdyż praca — jak wszystko w obozie koncentracyjnym — najeżona jest najprzeróżniejszymi szykanami, udręczeniami i nieraz po prostu męczeństwem.
Właściwie zasadniczym przekleństwem tu jest, że praca nasza (niezależnie od rodzaju) odbywa się pod kontrolą specjalnych dozorców, mianowanych spośród więźniów i noszących szczególny tytuł „capo” (czytać: kapo, z włoska: głowa); tytuł ten przywędrował tu z niemieckich (a zapewne i włoskich) obozów koncentracyjnych, bo zdaje się, Włosi przodowali w tym ohydnym wynalazku. W mojej sztubie był człowiek, który przed Oświęcimem zdążył już być w jednym z niemieckich obozów koncentracyjnych, jego też opowiadaniom zawdzięczam pewną możność porównywania. Otóż w Oświęcimiu, tak jak i w niemieckich obozach koncentracyjnych we właściwej Rzeszy urząd „capo” obejmują zasadniczo Niemcy.
Tu muszę nadmienić, że w Oświęcimiu początkowo byliśmy sami chyba Polacy. Po pół roku mniej więcej przywieziono Niemców-więźniów i tych umieszczono w odrębnym bloku. Wśród nas zaś siadywali i dzielili nasz los tzw. volksdeutsche, jeśli ich tu za jakie winy zesłano. Niemcy internowani nie wychodzili do pracy. Kolega, który znał obóz w Niemczech, opowiadał, że tam SS gnębiła Niemców nie mniej jak Polaków. Tu u nas, w Oświęcimiu — ze zrozumiałych względów — SS-mani nie mogli sobie na to pozwolić. W niemieckich obozach obowiązki starszyzny pełnią podobno często polityczni. W Oświęcimiu urząd kapów powierzono przeważnie Niemcom-kryminalistom. Rozróżnia się to według koloru trójkątów, naszywanych na ubraniu więźniów. Polityczni i my, wszyscy Polacy mamy czerwone trójkąty.
Godność zastępcy „capo”, zwanego „untercapo” (pod-kapo) powierzono w Oświęcimiu Polakom. Taki „untercapo” ma pod sobą 20 więźniów, podczas gdy „capo” około 100. Wybierają oczywiście ludzi dobrze władających językiem niemieckim, a więc z natury rzeczy trafiali się tu Ślązacy. Stąd może pochodzić, że zwalniani z Oświęcimia często mówią o złym zachowaniu się więźniów ze Śląska, a raczej — niesłusznie uogólniają fakty jednostkowych podłych i niegodnych wyczynów Polaków tej dzielnicy. Przez dłuższy czas do Oświęcimia przywożono tylko Polaków ze Śląska i z tzw. „Generalnego Gubernatorstwa”. Z Pomorza i Poznania nie widać było ludzi, wysyłali ich wgłąb Rzeszy.
Jeżeli zaś chodzi o Ślązaków, to np. ja na jesieni r. 1940 zastałem na stanowiskach „capo” (lub może zastępców) ludzi ze Śląska, jak się zdaje, wybranych spośród więźniów kryminalnych z tej dzielnicy. Potem zaś mianowano już spośród ogółu więźniów, gdy się który wydał odpowiedni.
Trzeba zrozumieć, jaką tu rolę odgrywa znajomość niemieckiego języka. Ja sam po niemiecku prawie nic nie rozumiem, dopiero w Oświęcimiu nauczyłem się znaczenia kilkunastu, paru dziesiątków wciąż powtarzanych wyrazów. Mogę więc z własnego doświadczenia stwierdzić — i to się pokrywa z opinią wielu więźniów w tym samym, co ja położeniu — że nieznajomość tego języka dzieli nas od razu jakby murem od naszych oprawców, od SS-manów. Zapewne, że łatwiej i prędzej — w złości — zatłuką na śmierć człowieka, który nie rozumie rozkazu, nie potrafi odpowiedzieć itp. Ale ileż rzeczy oszczędzone nam jest, gdy nie rozumiemy powodzi słów w tych wstrętnych gardłowych wrzaskach; w iluż wypadkach — gdy musi iść ten znający język — my, masa pozbawiona tej znajomości, pozostajemy na miejscu. Natomiast Ślązacy lub też w ogóle ludzie z zachodnich dzielnic, poprzez sam fakt mówienia po niemiecku, od razu wyodrębniają się jakby z tłumu, uzyskują bezpośredni dostęp do władz i choćby byli najprzyzwoitszymi Polakami — stają się jakimś ogniwem pośredniczącym między niemiecką władzą obozową a nami, Polakami, więźniami. To samo co do „kapów” stosuje się również do więźniów mianowanych „starszymi” sztub i bloków, dalej — pisarzami lub sekretarzami bloków. Oczywiście zawsze są to tylko ludzie dobrze mówiący po niemiecku.
Podobnie jak unterkapowie starszyzna sztub i bloków otrzymuje z rąk Niemców swój „urząd”, swoje funkcje. Muszą się wykazać należytą sprawnością, gdyż sami są więźniami i każdy z nich, gdy się nie podoba SS-manowi, otrzymuje nie gorzej od nas w twarz, kopniaka butem; może podlegać każdej karze: chłosty, „słupka” itp. więc boi się, unika, wysługuje się władzy. Poza tym z tytułu „starszeństwa” i „kapowstwa” mają ci ludzie pewne przywileje, np. dowolna porcja zupy, chleba, lepsze posłanie, bo ja wiem, co jeszcze bywa? I to jest też nie do pogardzenia. Nie brak też zapewne i takich obliczeń, że jeśli się dobrze zasłuży, może uzyskać łatwiej zwolnienie. To są te wszystkie okoliczności, które sprawiają, że starszyzna z więźniów i kapowie szybko się demoralizują. Więc: męczą więźniów wymaganiami nadmiernego wysiłku; biją; wnoszą niekiedy sami o przedstawienie więźnia do kary „protokolarnej”. (O karach w lepszej chwili będę pisał szczegółowo).
Rodzaje pracy są różne. Najlżejsza i najbardziej pożądana jest praca w kuchni. Obieranie kartofli, zmywanie kuchennych naczyń. Swoje menażki i kubki więźniowie sami zmywają. Osobiście nie pracowałem w kuchni. Nie upiekło mi się. To zależy od przypadku! Za czas mego pobytu tam jeden więzień od początku do końca trwał przy tej pracy. Inni — zmieniali się. Wszyscy oczywiście tę pracę raczej chwalili. Praca w ciepłym pomieszczeniu, w dużej mierze siedząca. Od wielu „kartoflarzy” słyszałem, że i kapowie kuchenni na ogół bywali znośni. Jeden tak mi to tłumaczył: „Wiesz? W cieple — to żarcie sobie paruje! — A chce, to w każdej chwili coś wsunie — to jemu i na złość się nie zbiera!” — Dobre to jest wyjaśnienie.
Inne prace — niekoniecznie wszystkie ciężkie, ale też często zabijające swą bezmyślnością. Zresztą poganianie, ciągłe bicie, śrubowanie wysiłku, nastawianie kapów na tresowanie więźniów, na obrzydzenie im życia — wszystko to sprawia, że właściwie każda praca jest nieznośna. Zwłaszcza, że do pracy wyganiają nas w każdą pogodę: deszcze, śnieg, chłód.