Więc wracam do kwestii zachowania się obozowej starszyzny.

Trzeba zaznaczyć, że porządny Polak, oczywiście, nie kwapił się do obejmowania urzędu starszego sztuby. Jednak wiem, prócz wypadku, który sam przeżyłem, o innych jeszcze, gdzie starszy sztuby pozostawał przyzwoitym człowiekiem i Polakiem: oczywiście należeć do takiej sztuby to już przywilej, zwłaszcza, jeśli całość tak się przypadkowo dobrała, że nie było złodziei, donosicieli itp. kanalii. W takich wypadkach starszy utrzymywał cały porządek bez żadnego bicia i współżycie bywało bardzo dobre.

Większość starszych — to oczywiście ludzie bez wartości, którym to stanowisko pozwala na wyżywanie się charakteru w sensie kryminalno-sadystycznym. Wśród Ślązaków zaś jest sporo ludzi zniemczonych, których orientacja ogólna została całkiem zachwiana.

Nie chciałbym być tak zrozumianym, że każdy starszy sztuby lub bloku, każdy „capo” — bije. Na pewno wielu może być wolnych od tego zarzutu. Nie wszyscy biją. Ale bija większość, bija nagminnie, bije też często taki, który w pierwszych miesiącach swego urzędowania nie bił. Jest to naszą wielką bolączką, że starszyzna obozu, wyłoniona spośród nas samych, przedstawia się jednak na ogół bardzo nieszczególnie i w postępowaniu z więźniami wzoruje się na sposobach straży niemieckiej. Zresztą — i poza starszyzną — nie brak wypadków ześwinienia się, szpiclowania, donosicielstwa, złajdaczenia więźniów, nikczemnego wysługiwania się itp. Nie chcę pogrążać się w szczegóły takich wypadków, tylko chcę się postarać o pewne obiektywne wyjaśnienie. Bardzo więc błędne jest mniemanie, któremu dała wyraz wczoraj owa dobra pani, że więźniowie Oświęcimia to stuprocentowi bohaterzy. Nic głupszego nad taki sąd! Skądże? Są to przygodni, zgarniani z wsi i miast, ulic, kawiarń i mieszkań ludzie, zwyczajni ludzie, przeciętni ludzie, „jak leci”. Bo Niemcy zastosowali u nas właśnie tę metodę masowego terroru, sterroryzowania przeciętnego, „szarego” człowieka. Obrali tę drogę po pierwsze dlatego, że pomimo największych wysiłków nie udało się im podobno dotrzeć do istotnie aktywnych politycznie, świadomych kół. Po drugie — w słusznym przekonaniu, że terroryzując masowo, byle kogo, przygodnych z ulicy ludzi, uderzą w środowiska mniej odporne, łatwiejsze do złamania — czy to w osobach więźniów czy też ich rodzin, że tym sposobem posieją wielką grozę, osiągną wielkie zastraszenie.

Oświęcim jest więc zbiorowiskiem przygodnych ludzi, wśród których, istotnie, polityczni, aktualni działacze polskiego podziemia stanowią zapewne ponad kilka procent. Skoro zaś większość to ludzie przygodni, którzy się ani przygotowywali ani sposobili do — powiedzmy wprost — męczeństwa, trudno się dziwić, może tu mieć miejsce znacznie większa ilość załamań, poślizgnięć, upadków moralnych itp. niż byłoby to w środowisku ludzi świadomie idących na akcję wraz z jej następstwami. Poza tym wśród łapanych do Oświęcimia „jak leci” — musiano przecież zagarnąć w tym i różne notoryczne męty, opryszków, złodziei, rozmaitych bandyciaków, ludzi niedorozwiniętych moralnie, doszczętnie zepsutych przez poprzednie życie itd. Do Oświęcimia trafili też i różni pomagierzy Niemców, wspólnicy ich w łapówkach, finansowych interesach, jeśli ich chciano — po zużytkowaniu — skończyć; również i różni „sypacze”, zdrajcy, tchórze — po wyzyskaniu ich zeznań — bardzo często „w nagrodę” otrzymywali Oświęcim.

Gdy sobie to wszystko uprzytomnimy, dużo rzeczy wyda nam się w innym świetle. Ja sam w Oświęcimiu inaczej osądzałem różne załamania i ześwinienia wśród naszych, niż je teraz sądzę. Teraz — oczywiście dlatego, że mogę tu myśleć! — mniej mnie to boli, oceniam to spokojniej. Chciałbym zostać dobrze zrozumianym. Chcę powiedzieć, że to, co zaczerpnięto z naszego narodu do Oświęcimia, na pewno nie jest i nie może być żadną „śmietanką”. Przeciwnie, czerpiąc, jak czerpali, musieli otrzymać przeciętny przekrój. Owszem, osiągnęli może tą metodą — okresowo — pewne zastraszenie, sterroryzowanie. Okresowo i niezbyt wielkie. Ale nie osiągnęli żadnej decydującej zdobyczy. Bo i ten element — przygodnie zgarnięty — okazał się w swej większości dość tęgi, żeby potrafić się należycie zachować. Już zaakcentowałem, jak wyglądało zachowanie złapanych w koszarach warszawskich. To samo muszę z naciskiem powiedzieć o masie więźniów Oświęcimia. Donosiciele, szpicle, wysługusy — to są jednostki, może być takich kilku w każdym bloku, ale reszta?

Na ten temat rozmawiałem nieraz z moim przyjacielem. Był to, jak wspomniałem, wiejski chłopak; miał za sobą niepełną szkołę powszechną, ale bardzo dużo życiowej inteligencji z przyrodzenia i skłonność do głębokich zastanowień. Miał przy tym w sobie wielką pogodę, wielki zapas, prawdziwy skarb. Trzeba więc było go zabić, bo inaczej nie daliby mu rady: przetrzymałby.

Raz wieczorem zirytowałem się okropnie na pewnego przygłupka — synka kupieckiej rodziny — który najspokojniej wywodził, że się spodziewa lada dzień zwolnienia, gdyż wie, że matka nie zaniedba żadnej drogi i tak sobie wyrozumował, że matka zwróci się o łaskę do samego kanclerza Hitlera! Był to typ głupi, mało rozwinięty, choć znający kilka języków; panicz, życie którego dotychczas streszczało się do kopania piłki i dancingu. Nie było też z kim mówić, ale tak się stało, że gadałem, nawymyślałem mu; wykopałem jego siennik jak najdalej od siebie; siedział sam, nadąsany, obrażony, zły.

— Po co czepiasz go? — spytał Jacek, układając się ze mną do snu na wspólnym sienniku. — Ma taką mordę... no i wiesz, po szwabsku gada! Gotów na ciebie donieść!

Nie posądzałem o to przygłupka, ale było mi to w tej chwili obojętne. Kipiałem! Nawiązując do słów Jacka, począłem utyskiwać, że takie tu są typy, że każdy może donieść itd.