Wtedy Jacek zareplikował bardzo poważnie:
— Ty się zawsze przejmiesz małą rzeczą, a przez to ci wszystko się wykrzywi. Gdzie to widzisz, żeby nasi ludzie byli tacy źli? Tacy są... powszedni, szarzy, przeważnie skromni ludzie... Ale nie widziałem ani żeby który przed Niemcem klęknął, ani żeby w rękę pocałował, co?... Gdzie to widzisz!?... Na apelach stoimy, marzniemy, tyle potem umiera, a czy słyszysz przez te godziny jaki płacz czy prośby, czy przymilanie?... Prawda, że nie pomogłoby, ale i nikt nie próbuje z takiej masy ludzi poniżyć się!... O, z tego widzisz, trzeba sądzić nasz naród!!!
Często, często po śmierci Jacka przypominałem sobie te jego słowa, pełne głębokiej wiary i coraz bardziej musiałem uznawać ich słuszność.
Ale i sama śmierć Jacka, chłopaka ze wsi, była właśnie świadectwem tężyzny przeciętnego Polaka, o którą załamują się starania Niemców. Zasługuje też, by ją tu opisać, choć wtedy ból i żal po Jacku przesłonił mi wspaniałą wymowę jego śmierci.
Jacek był silnym, rosłym chłopcem i przydzielono go od razu do robót budowlanych. Świetnie sobie radził z każdą pracą; spokojnie a sprawnie wykonywał wszystko, co do niego należało i „capo” (zniemczony, paskudny Ślązak, którego zesłano tu przez jakieś nieporozumienie) był z niego wyraźnie zadowolony. Rzadko kiedy szturchnął Jacka, a jeśli SS nie widzieli, to nawet lubił się nim nieraz wyręczyć. Ślązak nałogowo pijał i trzymał sztamę z Niemcami, którzy od czasu do czasu, w niedzielę, użyczali mu tej możliwości. Toteż w poniedziałki „capo” nie czuł się zdolny do żwawszej pracy ani bystrego nadzoru, wolał sobie przywarować gdzieś pod murkiem i drzemać. Gdy zaś jakie okoliczności stawały mu na przeszkodzie, wpadał w niesamowitą wściekłość i nieludzko tłukł więźniów. Wypadł właśnie taki „niezdarzony”, zły poniedziałek. Dwaj więźniowie z trzecim Jackiem wychodzili do pracy, zaraz po apelu, z taczkami. „Capo” przyczepił się bez żadnego powodu do towarzyszy Jacka, zaczął im wymyślać i spoliczkował ich. Jacek stał i czekał aż mu minie, patrzył przy tym spode łba, jak zawsze, gdy kogoś potępiał. (Nie byłem obecny, szczegóły znam od jednego z więźniów). Nagle „capo” przyskoczył do Jacka z krzykiem: „Co? nie podoba się?... Może sam chcesz?” i wyrżnął go w twarz. Jacek na ogół spokojnie znosił bicie. („Jak już trafiło się im w ręce — mawiał — wiadomo, że będą bić”). Ale na pytanie powtórne: „Podoba ci się?”, czy się zaciął, czy miał tego dnia dość — odpowiedział zawzięcie, głośno: „Nie!!” Wtedy capo dał mu jeszcze kilka policzków, a że musiał sam się czuć głupio, bijąc tego spokojnego chłopca i doskonałego robotnika — nagle jakby się urwał, zakręcił się na miejscu, rzucił jednego z towarzyszy Jacka na taczkę, kopnął drugiego i znów przyskoczył do Jacka: „Nie podoba ci się?... To sam bij ich! Ja ci każę! Bij! Bij natychmiast!”
Ku osłupieniu paru przymusowych świadków tej sceny — Jacek odpowiedział tak samo stanowczo i spokojnie: „A to — nie!! Nie będę!!”
Capo podobno osłupiał, głupkowato zaśmiał się, machnął ręką... Może całe zajście rozeszłoby się po kościach, ale... Dostrzegł to z daleka Niemiec, SS.
— Jacuś! Jacuś! Bijże mnie! Uderz!... — zaszeptał jeden z więźniów. — Niemiec leci!
Ale Jacek stał wyprostowany, ani drgnie.
Niemiec nadbiegł — był to młody „szturmowiec” — spytał Ślązaka o rzecz. Tamten służbiście wyjaśnił mu: ten młody nie chce na jego rozkaz bić tamtych dwóch.