„Spytaj go dlaczego”, wrzasnął Niemiec. Ślązak powtórzył Jackowi, dodając od siebie: „Nie bądź głupi!!”

Jacek na to spokojnie, z naciskiem: „Nie będę bił swoich”.

Wtedy Niemiec bez słowa wyjął rewolwer, z odległości trzech kroków zastrzelił Jacka i nie oglądając się, poszedł.

Capo zawołał dwóch więźniów z pobliża (swoim kazał ruszyć z taczkami) i kazał odnieść ciało do krematorium.

Jacek już nie żył.

Niemiec zrozumiał, o co poszło Jackowi. I to jest też przyczynek o sądzeniu o niemieckiej kulturze! Nasz Jacek wolał umrzeć, niż sponiewierać rodaków. Młody Niemiec, jego rówieśnik, Hitlerjugend wychowanek, zatracił już zupełnie poczucie wszelkiej wartości moralnej: wściekłość z powodu, że Polak śmie się sprzeciwiać, uderzyła mu momentalnie do głowy, nie zawahał się nawet sekundy, zabił.

Jacek mógł przetrzymać obóz. Nie przeziębiał się, był bardzo silny, nie imały go się wszy. Taki był żywotny, że przez wiele, wiele czasu, budząc się w nocy, szukałem go koło siebie na sienniku. Czasem, przed ranną pobudką, budząc się ze snu, miałem dokładnie wrażenie, że siedzi obok mnie, ubierając się. Lubił tak obudzić się przed wszystkimi, posiedzieć spokojnie i podumać.

Byłby przetrzymał obóz.

X

Po Jacku, którego nie można zapomnieć, sąsiadem moim na sienniku był starszy człowiek, w życiu buchalter czy pomocnik buchaltera, na obozie — pracownik kuchenny. Dlaczego ten człowiek przy tej pracy kuchennej wciąż się przeziębiał i chorował — nie rozumiałem. Podobno był chory już na wolności. Tu, przy mnie, chorował na tę najdokuczliwszą dla sąsiada chorobę: nietrzymanie moczu! Cóż to była za męka! Doświadczyłem jej w całej pełni. Rzadko która noc była „sucha”. Poza tym, jeśli się udało rano ukryć mokrą plamę, trudniej było poradzić ze zjadliwym zapachem moczu. Stale wykrywano nas i dostawaliśmy obaj. Było mi go żal, ale też obrzydł mi dokumentnie. Odetchnąłem prawdziwie, kiedy po paru tygodniach wypuszczono go i sporo innych. Zrobiło się luźniej i otrzymałem cały siennik dla siebie.