Kiedy następnego dnia po owej zasłyszanej rozmowie zażądałem zeszytu i ołówka, matka spłoszyła się, zaniepokoiła, pochwyciła mnie za obie ręce:

— Synu! Po co teraz?... Dlaczego tak się osłabiać?... To nie na twoje dzisiejsze nerwy!.. Doktor kazał ci się oszczędzać...

Nie zdradziłem się, żem słyszał, co mówił doktor. Bałem się, że jeśli się zdradzę, otoczą mnie opieką i to taką, iż mój zamiar napisania tych wspomnień spełznie na niczym. Udałem więc dobre samopoczucie za pomocą uśmiechu i spojrzenia i prosiłem, żeby matka zechciała mi dogodzić: to właśnie mnie uspokoi, jak będę się mógł wypisać, wydać z siebie to wszystko, co musiałem tam wchłonąć. Matka dała się przekonać i odtąd, gdy kto inny zastanie mnie z zeszytem na kolanach — pomaga uchylić temat z rozmowy, zbagatelizować...

— Zachciało mu się... — mówi. — Opowiadanie męczy go... Bazgrze sobie... Chce coś niecoś zanotować, przemyśleć...

Posyłam jej wtedy wdzięczne spojrzenie, a ona odpowiada mi spoza osłony swych binokli krótkowidza — pokrzepiającym, solidarnym, koleżeńskim wzrokiem wiernego wspólnika i sprzymierzeńca. Gdy jednak zostajemy sami i ja piszę (piszę, niekiedy zgrzytając zębami, wzdychając, jęcząc z niemocy) — biedaczka niepokoi się bardzo, że spisek ten ze mną uknuła, że mi na to pozwala, że pogarsza, być może, mój stan...? Dlatego też oczy jej — wyblakłe za szkłami binokli — co chwila odrywają się od robótki i zegarka i podkradają się do mnie, cofają, płoszą i znów czuję je na sobie...


Zresztą od kiedy postanowiłem pisać ten pamiętnik, zgadzam się jeść wszystko, co mi dają, a to przecież podtrzyma przez jakiś czas moje siły. Na tym więc serce matczyne coś zyska. Bo z jedzeniem — w pierwszych dniach — było to dla matki wielkie utrapienie i męczeństwo. Nie mogłem — nie ja pierwszy zapewne, nie ja ostatni!... nie mogłem jeść, przełknąć nic poza tym, co tam jedzą oni, moi, oświęcimiacy...

Wypuszczono nas dwudziestu trzech, ale gdyśmy szli przez dworzec warszawski i potem żegnali się na ulicy — już wtedy stało się jasne: owszem, zwolniono nas, te nędzne, potłuczone, poranione szkielety, kościotrupy, poruszane jeszcze jakimś dziwacznym wewnętrznym życiowym uporem... Ale wnętrze nasze, to, co nazywa człowiek duszą, nasze dążenia, nasze tęsknoty, to jakoś nie od razu poszło z nami, pozostało uwięzione tam, w obrębie Oświęcimia. Jeden ze zwolnionych, zupełnie młody człowiek, który przez długie miesiące tęsknił tam do swej narzeczonej — od razu ujął teraz tę naszą przemianę we właściwe słowa: „Dla nas na jedno, wypuścili czy nie!... Niewielu z nas zechce, potrafi się oderwać!... Ja przynajmniej — to już chyba pozostanę tam z nimi... Większa część mnie tam uwięzła”... i uśmiechnął się przy tym do nas porozumiewawczym, tęsknym uśmiechem. Wszyscy milczeli, odezwał się tylko jeden, równie młody chłopak, stosunkowo mało wyniszczony, bo go prędko wydostała z obozu rodzina. I ten ku naszemu zdumieniu powiedział: „Nie będę świnią, żebym żarł i zapomniał, co tam z nimi się wyprawia”... Ja nie powiedziałem nic. Wydało mi się nawet w pierwszej chwili, że to przesada.

Ten zresztą chłopak od pierwszej wiadomości o zwolnieniu miał jaskrawą bardzo reakcję. To znaczy powstało w nim jakieś szczególne uczulenie w stosunku do pozostawionych w obozie kolegów. Więc np. wypuszczając nas — dali nam do rąk spore paczki na drogę. Zajrzeliśmy do nich, jak tylko wyszliśmy z obozu. Było w nich po kilka grubych kawałków chleba, posmarowanych masłem i obłożonych wędliną. Nadto opakowanie było pergaminowe! Otóż ten nasz kolega odrzucił od razu paczkę z pogardą i wściekłością: nie chciał jej!

Oczywiście jeden ze zwolnionych podniósł ją i dziw, że o to nie było bójki: przecie ludzie byli tak wygłodzeni!...