*

Ale gdym wszedł do mieszkania rodziców — uprzytomniłem sobie w najdziwniejszych okolicznościach całą prawdę tamtych słów. Ojciec był jeszcze w domu; gdy wchodziłem do jadalnego, siedział jeszcze zadumany nad kawą. Podniósł oczy — odepchnął się oburącz od stołu, porwał na nogi, wyprężył jak długi i padł na wznak. Zemdlał, jak się później okazało. Matka wybiegła ze swego pokoju na łoskot, z nieprzytomnym krzykiem rzuciła się ku mnie, ściskała, całowała, płacząc nieprzerywanym szczęśliwym i strasznym szlochem. Potem rzuciła się, aby podnosić ojca i zawołała o moją pomoc. Ale ja stałem jak słup, bo nad miejscem, gdzie upadł ojciec, wielki zegar wskazywał właśnie po siódmej... Wyprowadzano więc ich już tam do pracy!... Ustawiali się właśnie w szeregi... Moi z szeregu mieli tam lukę, może przez zapomnienie poszukali mnie łokciami? Byłem tam, byłem z nimi! To było ponad moje siły... Nie było mnie tutaj!...

To samo stało się w południe. Leżałem już w łóżku, wymyty, wyczyszczony, oczekując na posiłek. Matka rozmawiała już telefonicznie z doktorem i słyszałem, jak przyjmowała jego dyspozycje: „Rozumiem... Rozumiem... Najlżejsze, najstrawniejsze... wygłodzony”...

Zdawało mi się nawet, że będę jadł z wielką przyjemnością. A tymczasem... Kiedy matka weszła, wnosząc na tacce talerz jakiejś pysznej domowej zupy czy kaszy na rosole, doświadczyłem nagle wewnętrznego sprzeciwu, oporu o dzikim, niesamowitym napięciu... Poprzez parowanie doskonale przyrządzonego pożywienia dojrzałem jak żywe ich postacie: tam, wokół kubłów, ze swymi menażkami. Tak, jakbym stał z nimi, jakbym wyciągał też swoją menażkę... Zobaczyłem wyraźnie smutne spojrzenie przyjaciela, który umarł w wigilię2 mego odejścia i który ostatni swój obiad powitał słowami: „No tak... Znów takie, że się to da opłukać zimną wodą”...

Tu zaś, w moim talerzu złociły się liczne, delikatne, świecące kółka...

Pot wystąpił mi na skronie, oddałem matce tackę z nietkniętą strawą... Oczy matki za szkłami zmętniały, zwilgotniały; drgnęły usta... „Dlaczego — synuś?”... „To dobre!” „Przecie musisz powrócić do sił!”...

Siedziałem w łóżku daleki, zimny, obcy, nieprzystępny. „Za dobre...” — powiedziałem bezlitośnie. Matka jęknęła bez słowa, jakoś niby potknęła się i usiadła w głębi pokoju. Wszedł ojciec, który po zemdleniu leżał w sąsiednim na otomanie. Pochylił się nade mną i z oczu jego płynęło ku mnie tyleż radości, że ocalałem, ile — rozpaczy. Położył dłoń na mojej ostrzyżonej głowie i powiedział, odchrząkując, łamiącym się głosem: „Jeżeli nie zechcesz się odżywiać, będziesz musiał umrzeć. Czy chcesz... dokańczać naród za Niemców...? To może nie miała cię matka oczyszczać ze wszy?” Zamknąłem oczy, bardzo zmęczony. Słyszałem, że matka szepnęła: „Zostaw go”.

I dopiero zacząłem odżywiać się, gdy postanowiłem pisać.

II

Więc naprzód muszę kilka słów o sobie, by wiedziano, za co się trafia do Oświęcimia. Nie jestem literatem, nie robię literatury, więc może będzie to wszystko źle napisane. Trudno. Ale będzie szczere. Nie byłem żadnym ważnym działaczem, politykiem, w ogóle żadnym. Przed wojną byłem rok na uniwersytecie i skończyłem podchorążówkę piechoty ze stopniem kaprala, w tym też charakterze brałem udział w kampanii wrześniowej. Teraz to już obojętne. Potem — zostałem w kraju. Cała grupa bliższych kolegów zastanawiała się nad wyjściem do naszego wojska, zagranicę, do Francji i zrealizowała ten zamiar. Byłem też za tym, ale nie umiałem pokonać oporu, próśb, błagań rodziców. Zdawało im się, że nieodwołalnie mnie stracą, jeśli wyjdę. Nie zdawali sobie sprawy, że łatwiej — najmarniej w świecie — sczeznąć tu, w obozie. Nie uczestniczyłem w żadnej robocie podziemnej (mam na myśli jakąś planową i stałą aktywność), bo my dwudziesto-, dwudziestoparoletni wydawaliśmy się — sami sobie — całkiem do takiej akcji nieprzygotowani. Urodziliśmy się w Polsce wolnej, przywykliśmy do jawności życia w równej mierze, jak do codziennego ubierania się, jedzenia itd. Oczywiście, nie było bez tego, że się miewało w ręku pisemka, czytywało i oddało dalej komunikat, ale była to tylko sporadyczna, przypadkowa łączność ze światem podziemnym, żadna polityczna działalność.