— Dobry początek! Zapisuję cię do protokołu!

Jednak jakoś na razie — nie zapisał. Bo następnego dnia nic się nie zdarzyło. Nasza sztuba nie wiedziała wprost, jak świadczyć swemu starszemu. Ale po dwu dniach zabrano go i dostał siedem dni „karnego”, jak dowiedzieliśmy się „za wygłoszone przemówienie!”... Więc któryś z nas, ze sztuby?!... Niemców nie było już wtedy w bloku. O, bylibyśmy go zadusili gołymi rękami, żeby tylko można było wiedzieć: kto?!... kto?!... Nie dowiedzieliśmy się. Siedziałem rok i nie dowiedziałem się.

A nasz starszy po sześciu dniach karniaka został odniesiony do krematorium.

Jeszcze bardziej wstrząsające było w nim to, że podobnie do Jackowego, jego bohaterstwo było jakby nieświadome. To znaczy, u Jacka było całkiem nieświadome, u tego zaś harcerza, niezależnie od rozumowej linii w kierunku honoru, godności, koleżeństwa było jeszcze coś podświadomego: podświadomy instynkt męstwa.

Więzień, którego wybawił — ów zawieruszony w ubikacji, ciężko chory człowiek, nie o wiele przeżył swego wybawiciela: w kilkanaście dni skończyła go biegunka. Ale do śmierci samej wciąż tylko mówił o nim.

— Zdawało mi się, że nazwie mnie — i miałby słuszność; wiedział, że nie wyciągnę... Gdy tamten bił i wrzeszczał, on spojrzał na mnie kątem oka... Skinąłem nawet lekko głową... A jego oczy — te jasne, bystre, takie ostre — zdawało mi się, zaraz powie! — nagle się zmąciły, cofnęły, no i wiecie... Zasłonił... Myślę, że to było coś podświadomie... Może nawet — rozumowo biorąc — powiedziałby, a w ostatniej chwili jednak nie mógł!

Tym uwagom starego adwokata, któregośmy w parę dni po harcerzu odnieśli do krematorium, zawdzięczam myśl o podświadomym bohaterstwie.

Oczywiście, tak świetlane typy, jak ów harcerz nie mogą się zdarzać często wśród starszyzny obozowej. To się jednak na ogół bardzo źle daje łączyć, przyzwoitość, szlachetność, ludzkie traktowanie i ta władza nad własnymi towarzyszami.

Trzeci mój sztubowy (i ostatni!) był to typ ludzki całkiem nikczemny (pierwszego — sądzę, że to uwydatniłem — osobiście nie zaliczam do zdeklarowanych nikczemników, tamto był raczej człowiek słaby i tchórzliwy).

Ten trzeci był magistrem praw czy filozofii, warszawiak. Było to zwierzę ludzkie o skończonym wyższym wykształceniu, nieprzeorywującym nic w całej tępocie jego umysłu. Jak widać od dziecka (był to człowiek młody) zafascynowany był wielkością tzw. kultury niemieckiej; entuzjazmował się dla Hitlera i jego rządów; ubolewał, że w Polsce „nie okazało się Hitlera”... Nim jeszcze został starszym sztuby, rozmawiał z tym i owym z więźniów, gdy się dowiedział uprzednio, że ma do czynienia z człowiekiem „kształconym”. I wtedy wypowiadał czasem takie sądy. Ja w owym okresie rozmawiałem z nim raz jeden przez kilka chwil i nabrałem do niego skrajnego wstrętu. Zresztą rozmowa, jak się okazało potem, drogo mnie miała kosztować. Było to w dniu, w którym nagle zezwolono nam na zachowywanie własnego obuwia. Znaczna była to oczywiście ulga i w swoim czasie taka rzecz mogła stanowić o życiu wielu dziesiątków więźniów. Powiedziałem, stojąc w grupie kolegów wieczorem, że ulga ta jest, niestety, dla wielu spóźniona. Na co właśnie rzucił się magister i to od razu w takich słowach: