— Polska cecha!! Wszystko krytykować! Spóźniona! To może lepiej — wcale?... I co to ulga! To nie ulga, a wielka łaska!

Powiało po nas wszystkich mrozem.

— A któż to pan? — spytałem. — Nie Polak, że tak nam pan polskie cechy wypomina?! To już od razu się przyznam do jeszcze jednej polskiej cechy — że nie lubię łask... z tych rąk...

Magister zmierzył mnie z góry wzrokiem.

— Bardzo wygadanie, po warszawsku — powiedział. — Od razu wszystko na ostro, pstro, bzdro! Tak samo w głowach i stąd wszystko poszło, czym się teraz cieszymy! A ja jestem Polak — ale Polak zachodniej kultury — zakończył, wydymając wargi i odszedł. Więcej nie rozmawialiśmy, ale zapamiętaliśmy się dobrze.

Od chwili zamianowania bydlę to jęło zatłukiwać więźniów. Tak właśnie stosował swoją kulturę. Latał przy tym za Niemcami jak psiak, nieledwie, że kurz zlizywać chciał pod ich stopami...

Kiedyśmy raz mieli w sztubie sprawę o tytoń (wtedy nikt nie zdradził) — otrzymaliśmy 4 godziny karnego apelu. Po odbyciu tej kary (pozbawiono nas też w tym dniu obiadu i kolacji) — chcieliśmy się co prędzej kłaść do snu, żeby choć trochę się zagrzać i wypocząć. Nagle wszedł nasz starszy z SS-manem i stojąc w progu, mówił mu coś o nas. Kto rozumiał po niemiecku, słuchał pilnie, ale szeptać baliśmy się. Ja nie rozumiałem z tego nic. Nagle najbliższy mój sąsiad zaszeptał konwulsyjnie:

— O tobie! O tobie... że nie znosisz ich łask!... Ciebie... — W tej chwili padł mój numer. Podszedłem.

SS-man, bardzo uśmiechnięty, ironiczny spytał po polsku:

— To musi być z pana wielki pan, jeśli nie znosisz niemieckiej łaski, co?...