Ta sama amazonka z powiewającym piórem i z chorągwiami w ręku stała już na galopującym koniu; Naomi zrazu myślała, że na chwilę tylko zamknęła oczy i prześniła krótki sen od ostatniego widowiska w Fionii: te same bowiem były ruchy tamtej, ten sam uśmiech do tej samej, co wówczas muzyki; a jednak amazonka od owej pory była już w Petersburgu i w Stockholmie i tego lata jeszcze, podług tejże muzyki, z tymiż chorągwiami, wystąpić miała przed poczciwą i wesołą Wiedeńską publicznością. — Ach! cóż to za życie szczęśliwe i ruchliwe! Jak to być musi pięknie, coraz to w innych obracać się krajach, coraz zobaczyć cóś nowego i nigdy nie wracać na długie zostanie! — Tak myślała Naomi i cała przejęta była uroczym widokiem.
Znowu trąby zagrzmiały i na pysznym karym koniu wjechał do szranków Władysław: kłaniał się na wsze strony zgromadzeniu, jak dziedzic wita swych wazalów. Ubiór jego był polski: karmazynowa rogatywka obsadzona była czarnym barankiem, spod którego lśniły jeszcze ciemniejsze, własne jego włosy; ślady dawnej słabości znikły zupełnie, ale jednak rumieńca na twarzy nie było, tylko jakaś cera brązowa zaległa na dumnych jego rysach; w ciemnych oczach widny był wyraz powagi i bystrej, a głębokiej myśli.
Zaledwie się pojawił, kiedy już przystojny, pełen siły młodzieńczej mężczyzna, zjednał sobie zajęcie całej publiczności. Widać to było i słychać w szemraniu podziwu, gdy tymczasem jego cała uwaga zwróconą była na konia i ni jedno spojrzenie nie padło na publiczność. Teraz objechał w dzikim szale całe szranki, wywijał w powietrzu ostrymi pałaszami i najśmielsze wykonywał skoki; wszystko zdawało się igraszką, jak gdyby on wraz z koniem swoje sztuki dla wzajemnej tylko pokazywali sobie zabawy. Jeździec objawiał śmiałość zastraszającą, gdy tymczasem jego zwinność i siła nadawały jej pozór żarciku. Patrzano na niego z tą samą spokojnością, z jaką patrzym na ptaka bujającego nad niezmierzoną przepaścią; wiemy bowiem, że siła skrzydeł nie zawiedzie go.
Nie jedna kobieta zakryła twarz rękoma, podczas gdy wielka masa przyklaskiwała jego zuchwalstwu. Naomi wychyliła się daleko za lożę; oczy jej zaiskrzyły się, on był pierwszym mężczyzną, na którego spoglądała z podziwem, pierwszym na którego spojrzała z uznaniem, że pod pewnym względem stoi wyżej od niej.
Po Władysławie inni jeszcze pokazywali swoje sztuki, lecz żaden już nie był tyle co on przystojny; on też zakończył widowisko przedstawieniem Mazeppy, który przywiązany do konia, z głową na dół spuszczoną, przelatywał wściekłym pędem przez szranki, tak jak ongi hetman kozaków pędził przez niezmierzone stepy.
Wieczór był cudowny; nawet kamerjunkier był zajęty i mówił tylko o dzielnym Władysławie. Całą noc prześniła Naomi o — Krystianie. — To mi też taki, o którym warto zaśnić! — pomyślała i nawet z rodzajem pewnej goryczy wspomniała przyjaciela swego dzieciństwa.
W kilka dni potem opowiadała baronówna Emma, że kilka dam z wyższego towarzystwa zamierza brać od Władysława lekcje jazdy konnej.
— I ja także! — rzekła Naomi, a ponieważ najstarsza córka domu należeć miała do tych lekcji, trudno było przystępu do nich odmówić energicznej Naomi. Kamerjunkier teraz już był zdania, że ten włóczęga zbyt wiele ma szczęścia.
Rok tysiąc osiemset dwudziesty obfitował dla Danii w różne wypadki: skarb państwa zachwiał się; doktor Dampe wraz z kilkoma niespokojnymi hersztami chciał zachwiać całą budową państwa; w rzeczach religijnych rozwinęły się spory, a każde stronnictwo zamierzało zachwiać stronnictwem przeciwnym; przy tak licznym i tak znakomitym zachwianiu, nie wspominamy już o sercach kobiecych, którymi zachwiał piękny Władysław, bo dla ogółu te serca są tym, czym są bańki wodne dla koła młyńskiego. Tymczasem Władysław znał tę swoją stanowczą potęgę, choć najmniejszego nie dawał znaku, że wie o niej w samej istocie. Przy lekcjach był on nauczycielem najbardziej ugrzecznionym, lecz zarazem najbardziej milczącym; wyrazy jego ograniczały się jedynie na rzeczach najniezbędniejszych do nauki; niekiedy tylko widziano uśmiech igrający na pięknych ustach, ocienionych ciemnym wąsikiem, a wówczas oczy jego zaiskrzały się. Baronówna Emma zrobiła uwagę, że w tym wyrazie cóś jest niedobrego, Naomi zaś, że dowodzi jakiegoś przytłumionego zmartwienia; jakkolwiek bądź, takim sposobem stał się dla nich nierównie więcej zajmującym, aniżeliby go uczyniła cała wymowa najsławniejszych mówców wszystkich czasów i narodów.
Żadna ze wszystkich uczennic nie dorównywała Naomi w zręczności i niezaprzeczonym talencie, ale żadna też poprzednio nie pędziła tak dziarsko jak ona, przez pola i lasy na nieosiodłanych, najognistszych rumakach.