Przodkowie nasi w wiekach średnich zapisywali swoje runy miłosne na jabłkach, a której się kobiecie takie jabłko dostało, ta zapłonęła ogniem gorącej miłości; ale runy podobne zapisać można na innych jeszcze przedmiotach: na czole, na uśmiechniętych ustach i w wyrazie dumnych oczów. Jedno uściśnienie ręki, jedno spojrzenie może stać się owym jabłkiem, z którego trafiona wysysa słodką i zjadliwą truciznę.
Kto po raz pierwszy kocha, ten patrzy na świat przez szkiełko pryzmatyczne: na każdym ostrym kancie, na każdej linii, spoczywa siedmiobarwna nadzieja. W ludzi powszednich wnika wówczas bożek poezji, a poeci śpiewają najbardziej natchnione swoje pieśni.
Dwudziesto-letni młodzieniec, który już zajmuje ośmnastoletnią dziewicę, za kilka dni niezawodnie stanie się przedmiotem jej miłości.
W połowie Kwietnia sztuczni jezdzcy występowali po raz ostatni. Jeszcze Cyrk nie był otwarty: w stajni stało dwóch koniuszych, zajętych ubieraniem koni; przy pięknym zaś ogierze, na którym zwykle jeździł Władysław, ujrzemy tego atletycznego, pięknego młodzieńca z śniadą cerą; krucze jego brwi zmarszczone były nad ciemnymi oczyma. Ubiór na nim był jeszcze zwyczajny: krótka kurtka i spodnie z jeleniej skóry, co jak ulane przylegały do każdego muszkułu. Lewa jego ręka spoczywała na karku bieguna i przez to występowała w korzystniejszym jeszcze świetle; była bowiem silną, a zarazem szlachetnego kształtu. Władysław czytał jakiś list, maleńki tylko świstek papieru, — lecz papier ten był różowy ze złoconym brzegiem, a na nim siedział jeszcze czerwony opłatek. Widocznie był to list od kobiety; — dlatego też może lekki uśmiech igrał na jego ustach.
Archeologowie nasi utrzymują, że w starożytności najcelniejsze utwory rzeźby bywały malowane. Na zarzut, jakoby przez kolory posągi te nabierały pewnej sztywności, wspólnej wszystkim figurom woskowym, odpowiadają oni, że zwykle figury woskowe nie bywają utworami sztuki, jeżeli zaś potrafią wznieść się do tej godności, wówczas kolory przyczyniają także znaczenia ich kształtom prawdziwie mistrzowskim. Nie wiemy, czyli ci panowie mają słuszność. — ale nam idzie tu tylko o myśl przez nich podaną. Wyobraźmy sobie tedy Apollina Watykańskiago, równie artystycznie powleczonego farbami, jak wyciosanego z marmuru, z cerą twarzy brązową, jak u Napoleona, z oczyma ciemnymi i wyrazistymi, jak u synów Arabii, a będziemy mieli istny wizerunek Władysława.
Było to, jak rzekliśmy, ostatnie przedstawienie sztucznych jeźdźców; publiczność hucznym oklaskiem powitała swego faworyta: rodzina barona miała dwie loże, w których oczywiście były także Naomi i baronówna Emma.
Przedstawiono scenę turniejów: Władysław, przybrany w zbroję rycerską, wjechał w szranki i kłaniał się lancą, a kłaniał się wprost do loży, w której siedziały dwie jego uczennice, Emma i Naomi. Emma zarumieniła się, — Naomi uśmiechnęła.
O! cóż to za noc pełna marzeń była dla rozmarzonej Emmy! Naomi zaś chyba następnej dopiero nocy uległa podobnym marzeniom, a zapewne bardzo długim, bo z rana już wybiła dziesiąta, kiedy jej jeszcze nie było przy śniadaniu.
Posłano służącą, by ją przebudziła, ale panny nie było już w sypialni, a natomiast znaleziono tylko bilecik od niej z przeproszeniem, że wieczorem odjechała do Fionii: nie prosty to był kaprys, jak się wyrażała, lecz nieuchronna konieczność, a następną pocztą miała bliżej jeszcze wyjaśnić cały ten wypadek.
Wiadomość ta przeraziła wszystkich; tegoż samego dnia wysłano list do starej hrabiny, donosząc jej o tak dziwnym odjeździe. Zresztą może nie było się czego niepokoić, gdyż nagłe powzięcie zamiaru i równie nagłe jego wykonanie zgadzało się najzupełniej ze znanym jej charakterem.