W parę dni nadeszła odpowiedź starej hrabiny, niezmiernie przestraszonej, bo ani na oczy nie widziała Naomi, nawet listu nie odebrała żadnego od niegodziwej tej dziewczyny.

Było to, jakeśmy powiedzieli, mniej więcej w połowie Kwietnia; czekano już nadejścia wiosny, czekano powrotu bociana — a tak! bociana! Cóż to za dziwny ptak ten bocian! Ile razy zawita do nas z krain południowych, tyle razy czujemy w sobie niepohamowany pociąg do podróży w te strony, skąd on wraca: ciepłe słońce wabi nas z pokoju; radzi byśmy zobaczyć, jakie są już pączki na drzewach i wychodzimy na ulicę; Kopenhagczyk idzie do portu i przypatruje się odjazdowi okrętów; statek parowy wyrzuca czarny dym w powietrze, koła szumią, a statek leci: jakaś rzewna ogarnia nas tęsknota, zaprawdę, dziwnie rzewna! Wprawdzie niejeden poczciwiec mówi: — Dalipan! mnie i tu nieźle, wcale nieźle! — ależ nie na to podróżujemy, nie na to nawet żyjemy żeby nam było nieźle, choć poczciwiec oczywiście tego nie pojmuje. Tymczasem statek parowy odpływa i wymija wspaniały okręt żaglowy.

Gutzkow powiada w swojej Wally29: „Umysły powszednie nic nie znają genialniejszego, nad wierne odrysowanie siebie samych, swojej ciotki, swego kota, szalu, drobnych sympatii i słabostek. — Niektórzy krytycy i literaci nie umieją gdzie indziej szukać natchnienia, jedno tylko w rzeczywistości. — Dzisiejsza poezja sama się zapładnia. Rzeczywistość żyje własnym, mieszczańskim i kipiącym tłuszczem.” — Dom barona mógłby nam w tej mierze niemało dostarczyć materiału, lecz my niekoniecznie potoczności szukamy w potocznym życiu i opuszczamy dlatego rodzinę, w której by czego innego nikt nie dopatrzył się.

Naomi odważyła się raptem odjechać; my pozwolimy sobie uczynić to samo i również opuścimy Kopenhagę, boć teraz wiosna, a statek parowy gotowy do podróży — tylko że nie odpływa do Fionii, nie będziemy więc mogli odwiedzić Krystiana, ani Łucji i innych tamtejszych naszych znajomych. I cóż to szkodzi? Dla samej oryginalności pojedziemy tym statkiem, toć się nam zawsze choć coś okroi, choć coś nas spotkać musi! Przyrzekamy tedy, że nie prędzej powrócimy do Danii, dopóki nie doznamy jakiej przygody, która by choć w części opłaciła nam podróż; jeśli zaś nic nas nie spotka, wtenczas już nigdy chyba nie wrócimy. Zresztą jednego znajomego, biednego krawca, ojca Krystiana, już mamy zagranicą; — może on właśnie w tej chwili zasyła swe pozdrowienie do Danii przez bociana, którego widok tak nas przejął do głębi.

Jesteśmy na pokładzie: statek parowy płynie.

Piosnka ludowa mówi:

«Co się w morzu ukryło,

Tego jakby nie było.»

Ale w samej rzeczy, bardziej jeszcze jakby nie było tego, co pływało jedynie na powierzchni. Skoro się zamknie bruzda, wówczas nie ma już śladu drogi, którędy przechodził okręt; inaczej, ileż by twarzy ludzkich wyjrzało spod szklistej fali, gdyby zwierciadlana powierzchnia trzymała każdy obraz, co się na niej odbijał! Ujrzelibyśmy wówczas także Władysława, ujrzelibyśmy dumną i piękną jego głowę. Wszak zaledwie dni parę minęło, odkąd z całą swoją trupą przepłynął tą samą drogą. Towarzystwo powiększyło się o jednego Duńczyka, młodziutkiego wyrostka, mającego co najwięcej z jakie lat piętnaście; lecz w każdym razie zdaje się, że na rozpoczęcie tego rodzaju zawodu artystycznego, wiek ten już nieco jest spóźniony. Wprawdzie członki jego były delikatne i giętkie, oczy wyrażały siłę woli, drobne wąsiki jakby mchem posypały się nad świeżymi ustami; — nazywano go panem Krystianem. Z paszportu dowiedziano się, że jest rodem z Fionii. Gdy się ich okręt zbliżał do brzegów Meklemburgskich, stał on na pokładzie z ręką opartą na ramieniu Władysława, — patrzał na północ, przez morze, owe nasze Alpy pływające, które nas dzielą od — wcześniejszej o dwa tygodnie wiosny.

Tak jest, o całe dwa tygodnie dalej posuniętą tu ujrzeli wegetacją drzew i roli, gdy opuściwszy statek rozpoczęli podróż lądową.